Renault Captur TCe 120 EDC

Avatar Maciek Pertynski | 01/03/2014 50 Views 0 Likes 1 On 1 Rating

50 Views 1 On 1 Rating Rate it

Jest wiele aut, których bym nigdy w życiu nie kupił. Bo np. ich kokpity uformowano w nielogiczny lub niewygodny sposób. Albo ponieważ zachowują się, jakby zamiast silnika miały napęd na pedały lub na gumę. Albo tłuką zawieszeniem. Albo mają wnętrza wykończone drastycznie tanimi materiałami, w dodatku niechlujnie. Albo ich wygląd bardziej mi się kojarzy z groteską niż awangardą. Generalnie – nigdy w życiu nie kupiłbym sobie samochodu, w którym bym się źle czuł.


Chociaż… Np. pierwszy Ford Mustang to po prostu wzorzec tandety, fatalnego prowadzenia i generalnie obciachu – a wziąłbym go w każdej wersji i wyposażeniu i kochał.

Albo taki Citroen Ami 6. Wygląda, jakby jego projektant za wszelką cenę, na siłę, chciał wyróżnić auto z tłumu. Jest obrzydliwy na poziomie najokropniejszych produktów japońskich z lat 50. i 60. A gdybym mógł, nie tylko bym taką „cytrynę” nabył, ale też jeździłbym nią na co dzień.

Albo takie Renault Florida czy Volkswagen Karmann Ghia – kabriolety zrobione byle jak i z okropnych podzespołów, w dodatku z napędem równie dynamicznym jak upasiony i zaspany basset. Trudno. Nabyłbym natychmiast i użytkował, nawet gdyby to wymagało wpychania aut pod górę, by wspomóc rachityczne silniki.

Poświęciłbym się nawet, gdybym mógł, i nabył ohydnie groteskowe Lamborghini Veneno. I jeździł nim, nie czując dyskomfortu, nawet ze świadomością, że będę w nim widywany publicznie. Gdybym nawet miał w nim tylko siedzieć, stojąc w korku.

Albo – trudno sobie wyobrazić samochód bardziej niewygodny, ciaśniejszy i zaprojektowany bardziej „antyhumanitarnie” (wbrew wszelkim zaleceniom ergonomicznym) niż historyczne Mini. Nie ma resorów, a tylko gumowe odbijacze. Nie ma foteli, tylko obciągnięte dermą szkielety. Jego kierownicę i pedały ustawiono tak niewygodnie, że wyśmiałby je nawet użytkownik Forda T z 1908 r. A wcale niewykluczone, że gdybym miał takie stare Mini, to bym z niego nie chciał wysiadać i jeździł, jeździł, jeździł…

Ale każdy z tych samochodów ma w sobie „to coś”, co nawet z brzydkiej kobiety potrafi uczynić obiekt marzeń tysięcy facetów; co z osobnika o ilorazie inteligencji na poziomie taboretu czyni ulubieńca telewidzów; co z prymitywa potrafi zrobić gwiazdę kroniki kulturalnej. I każdy z tych samochodów ma swoje miejsce w moim Garażu Marzeń. Jest w nim jeszcze – obok pojazdów fenomenalnych, genialnych, boskich i kultowych – wiele innych dziwadeł, tandet, obciachowozów, groteskowych motoryzacyjnych odpowiedników katedry Sagrada Familia w Barcelonie.

Poza tym w moim Garażu Marzeń jest jeszcze bardzo wiele miejsca na kolejne samochody. Ale nie widzę tam miejsca na Captura.

Pomijając bowiem już, że jest demonstracyjnie krzykliwy z zewnątrz, że jego kokpit zaprojektowano demonstracyjnie bezsensownie, niespójnie i w dużym stopniu wbrew wymogom ergonomii czy logiki funkcjonalności, że wnętrze wykonano z demonstracyjnie tanich tworzyw i zmontowano z demonstracyjną dezynwolturą, pozostawiając np. krawędzie tak ostre, że można się o nie skaleczyć, że zafundowano mu demonstracyjnie, bezsensownie twarde zawieszenie i silnik, który ledwie go rusza z miejsca, to jeszcze w dodatku jest drogi – poza tym wszystkim nie ma w sobie absolutnie nic, co by stanowiło o osobowości. Przynajmniej w moich oczach.

Ma za to znakomitą automatyczną, dwusprzęgłową skrzynię biegów. Jeszcze ciut mniej sprawną, nie tak perfekcyjną jak DSG w Grupie Volkswagena, ale naprawdę niewiele gorszą. I na gładkiej drodze naprawdę dobrze się prowadzi. Ale to już wszystkie zalety, jakie dostrzegam w tym modelu.

Usłyszałem jednak na jego temat wiele opinii pełnych zachwytu, w tym od ludzi, których szanuję. Nie rozumiem tego, ale rozumiem, że nie każdy musi się zachwycać Jeanne Moreau czy Audrey Hepburn. Doda też wywołuje emocje. Myślę więc, że nawet jeśli Captur nie jest autem dla mnie, a ja klientem na Captura, to i w Capturze może się zakochać bardzo wielu klientów. I dobrze!

Lipiec 2013


50 Views 1 On 1 Rating Rate it