Hyundai Veloster Turbo

Naprawdę tego się nie spodziewałem. Pół roku temu kolegowałem się przez 5 dni z Hyundaiem Velosterem (ocena wg WCOTY – patrz link na końcu tekstu) – tym samym, który w reklamie wycina taki paskudny numer Mrocznemu Żniwiarzowi: za sprawą braku możliwości wysiadania od strony jezdni, żaden nierozsądny czy pijany pasażer nie wylezie wprost pod koła ciężarówki, bo po lewej są tylko drzwi kierowcy.

Wyposażony w 120-konny, wolnossący silnik benzynowy był owszem, zaskakujący i awangardowy w sensie nietypowego nadwozia, ale poza tym wypadł słabiutko, nawet (a może szczególnie) na tle swojego kompaktowego „rodzeństwa”, czyli braci i30. Tamte auta imponują starannością wykonania i obfitością wyposażenia oraz niezwykle rozsądnie skalkulowanymi cenami, podczas gdy Veloster okazał się bardzo plastikowym i smutnym produktem w środku, a ubogim wyposażeniowo, prowadzącym się najwyżej na poziomie średnim dla zwykłych aut miejskich. Tylko ergonomicznie był w porządku. Słowem, nawet nie zawód, bo samochód był zbyt bezbarwny, by mógł zawieść.

Dwa dni spędziłem jednak za kierownicą Velostera Turbo. Z założenia – po prostu mocniejszą wersją tego dziwadła. W rzeczywistości – kompletnie innym samochodem, choć z wyglądu podobnym to tego słabszego. Pierwszym szokiem były bajecznie piękne, 18-calowe felgi. Drugim – zupełnie inne wnętrze. Inne, choć takie samo w sensie stylistyki. Ale wykończenie jest tak różne od szaroburej taniochy bazowej wersji, że aż głupio wyliczać. W skrócie powiem: takie same są tylko tandetne uchwyty do zamykania drzwi i – nie wiadomo do czego służące – te oddzielające półeczkę przed dźwignią miany biegów.

Wspaniała, zupełnie nie-dalekowschodnia skóra na małej, świetnie leżącej w rękach kierownicy; dobra skóra na fotelach; obłędnej piękności i jakości lewarek biegów zakończony kulką z toczonego aluminium. Warto tu dodać, że króciutki lewarek, jak w BMW, gdy się zamówi Short-Shift. Elektryczna regulacja foteli, automatyczna klimatyzacja, nawigacja, kompletny zestaw multimedialny ze streamingiem muzyki – wszystko w standardzie. Opcja jest jedna – metalizowany lakier. Testowe auto jest pokryte fenomenalnym z wyglądu lakierem matowym, który każdemu właścicielowi będzie się obłędnie podobał do pierwszej chwili zakurzenia, bo mycie jest możliwe tylko specjalnym sprzętem i specjalnym płynem w myjni…

Wyposażenie nie jest jednak kompletne: nie ma mowy o czujniku deszczu i za żadne skarby nie dostaniemy ksenonów, o LED-ach nie wspominając. A to już wtopa, bo prawie dokładny odpowiednik tego auta, Seata Leona FR 1.8 Turbo, za cenę Velostera Turbo dostaniemy nie tylko z tym wszystkim, co ma Hyundai, ale już ze skrzynią DSG, dwustrefową klimatyzacją i diodowymi lampami głównymi.

Powiecie „nie porównujmy…”, a ja powiem – owszem. Porównujmy. Bo silnik Hyundaia jest na bardzo wysokim poziomie w sensie kultury pracy, brzmienia, mocy, elastyczności – na tle rywali z Europy jest tylko wyraźnie bardziej paliwożerny, ale to jedyna wada. Połączono go z cudownie działającą skrzynią biegów i z naprawdę dopracowanym, jędrnym, choć nie twardym jak decha, precyzyjnie pracującym układem jezdnym. Nawet układ kierowniczy – uwaga, mowa o „koreańczyku”! – jest optymalnie wspomagany i bardzo precyzyjny. Nie wyzbyto się do końca typowej cechy koreańskiej, czyli braku położenia centralnego, ale jest to niemal niewyczuwalne.

Naprawdę bardzo dobry samochód. Szkoda, że zbyt drogi. Szkoda by było zrobić mu krzywdę, „dopinając” go na siłę do zbyt wysokiej klasy aut – cenowo czy marketingowo. Dobrze pozycjonowany, ma szansę namieszać.

Szczegółowy opis i ocena samochodu (punktacja WCOTY):

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.