Porsche Panamera 4S 2014

Mam poważny problem z Panamerą. W klasie wyższej i luksusowej jest fenomenem. Potrafi naginać fizykę. Wiem, pisałem tu już podobnie o kilku autach, w tym o najważniejszym rywalu wielkiej limuzyny Porsche w tej wersji silnikowej, czyli Audi S 7. Ale w przeciwieństwie do wszystkich konkurencyjnych produktów, wliczając w to także Aston Martina Rapide, Panamera prowadzi się jak niewielkie auto wyczynowe – mimo gigantycznych rozmiarów i wielkiej masy – nawet w zupełnie bazowej wersji. Tej jeszcze biedniejszej od tej testowanej, „bez silnika”, czyli zaledwie 300-konnej, z manualną skrzynią biegów, napędem tylko na tylną oś i całkowicie konwencjonalnym zawieszeniem. Wszystkie inne pojazdy, które z nią rywalizują, wymagają milionów wspomagaczy elektronicznych.


Jasne, można je dokupić i do Porsche. Ale zmienią one sytuację tylko o tyle, że kierowca będzie mógł sobie wybierać rodzaj reakcji amortyzatorów czy stabilizatorów – ale nie spowoduje (jak w Audi czy BMW), że samochód z wielkiej i superkomfortowej limuzyny da się zmienić w piekielnie szybki pojazd połykający zakręty. Bo Panamera potrafi to „w bazie”. I tego nie odbierze jej nikt.

Jednak w takim samochodzie, tej marki, tej klasy i tej ceny pewne rzeczy nie mają prawa się trafić.

Jak skandalicznie złe fotele (nawet te opcjonalne, i nawet te najdroższe opcjonalne!), które co prawda imponują zakresem regulacji, ale w sensie komfortu przegrywają nawet z „umeblowaniem” aut kompaktowych. „Niewygodne” to naprawdę subtelny opis. Bez trudu mogłyby być lepsze. Porsche ma „rodzinny” dostęp (w ramach Grupy VW) do rozwiązań w Audi, które należą do najlepszych foteli, jakie kiedykolwiek powstały. W przypadku modeli S6 i S7 są nie tylko fantastycznie wygodne i anatomicznie ergonomiczne, ale też znakomicie trzymają podczas ostrej jazdy. Te w Porsche – tylko trzymają. Nawet ultramasochistyczne, opcjonalne „kubły” w Audi R8 są dużo wygodniejsze.

Jak fatalna użytkowa funkcjonalność systemu i interfejsu multimedialnego, wymuszająca dziwaczne operacje dłonią, nadgarstkiem czy całą ręką. W dodatku nie udało mi się nauczyć tego nielogicznego urządzenia (mimo wielokrotnego z nim obcowania – jest identyczne w każdym modelu Porsche) na tyle, by cokolwiek w czasie jazdy wybrać, wyregulować lub sprawdzić bez patrzenia na przyciski i ekran na środku kokpitu. Podobnie jest z guzikami ustawień zawieszenia, silnika i wydechu oraz klimatyzacji, ogrzewania foteli etc., które zgrupowano na tunelu środkowym przed, za i po bokach dźwigni biegów. Wystylizowano je bardzo starannie według wzorca klawiatury designerskiego telefonu komórkowego Vertu, co objęło także nieczytelność.

Jak wreszcie skąpstwo/pazerność. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której właściwie za wszystko poza karoserią, kołami i silnikiem trzeba dopłacać, przez co mogą trafić się takie idiotyczne sytuacje, jak w testowanym aucie: zaznaczając dziesiątki opcji, które łącznie kosztowały niemal 200 tys. zł, zapomniano o bezprzewodowej łączności Bluetooth i złączu USB. W efekcie w aucie za 728 000 zł trzeba nosić na uchu „przytyngla”, by nie zapłacić mandatu za gadanie przez telefon, a znakomity system nagłośnienia Bose jest bezużyteczny – bo kto dziś jeszcze używa płyt CD/DVD?! Multimedia po prostu nie mogą być opcjonalne!

Wszystkie te wady jednak bledną wobec podstawowego mojego z nią problemu: Panamera mi imponuje, ale mnie „nie bierze”. Nie jest seksowna. Wtryskuje adrenalinę w żyły przy każdym trąceniu gazu, przy każdym ostro pokonanym zakręcie, ale (jak to powiedział Wokulski w „Lalce”), „Demona w niej tyle, co trucizny w zapałce”.

I nigdy nie znajdzie się nawet w pobliżu mojego Garażu Marzeń.

Wrzesień-październik 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.