Czy warto było czekać?

Najdłużej produkowany w tzw. pierwszym świecie model XXI w. został wreszcie zastąpiony – ale nie tylko to jest niusem. Bo jednak warto pamiętać, że poprzednik (który wszedł na rynek w 2002 r.!) był w sprzedaży tak długo, bo do ostatniej chwili był autem wciąż pożądanym i chętnie nabywanym. Niemniej stało się: jest następca. Tyleż wyczekiwany, co wyobiecywany zarówno explicite, jak i aluzjami, półsłówkami, uwagami rzucanymi mimochodem. Wszystko wskazywało na naprawdę wielkie dokonanie. A co się dokonało?

Dokonało się przede wszystkim jedno: Volvo odeszło od dotychczasowej postaci luksusu. W nowym modelu nie ma już skandynawskiej prostoty stylistycznej i użytkowej z materiałami i wykończeniem na najwyższym poziomie. Teraz kokpit opanował wyrafinowany, iście rozpasany, obłędny luksus, który nie ma w sobie nic z prostoty, za to w niebywale interesujący sposób łączy minimalizm z ostentacją. Ale bez śladu nuworyszowego, snobistycznego złego smaku. Zaprawdę, powiadam Wam, do tego kokpitu wsiada się z najwyższą przyjemnością – nawet jeśli w niektórych kompozycjach materiałowych niebezpiecznie zbliża się do ozdobności słynnych Jaj Faberge, i tak jest to piękne, znakomite, wysmakowane, szlachetne. A przecież jak się kupuje produkt premium, to miło jest móc wybierać i przebierać – no i Volvo daje ten luksus.

Nie wszystko mi się tu podoba – uruchamianie silnika czymś, co wygląda jak wykonany przez jubilera kurek do gazu w konsoli środkowej z pewnością nie tylko dla mnie jest dziwaczny, a sposób sterowania i regulacji systemów samochodu za pośrednictwem (głównie!) centralnego ekranu dotykowego jest chyba zbyt wymagający intelektualnie. Tym eufemizmem chciałbym zwrócić uwagę marki Volvo, że zbyt wiele funkcji użytkowanych na bieżąco wymaga właśnie „zabawy” z ekranem. A jego logika funkcjonowania – choć silnie nawiązuje do tabletów – nie jest intuicyjna (i to też jest eufemizm!). To tak delikatnie mówiąc. Oczywiście, można się do tego przyzwyczaić, ale mam wrażenie, że Volvo chciałoby zmienić swoją grupę docelową na bardzo młodocianych geeków (fanów elektroniki), którzy z kolei niespecjalnie będą umieć docenić nową estetykę wnętrza. Pomijając wszystko inne, ekran, którego procesor jest diabelnie szybki, to tzw. trzecia droga – nie jest ani pojemnościowy (jak np. iPhone czy w ogóle większość smartfonów i tabletów – to takie ekrany, które reagują na najlżejszy dotyk i pozwalają na sterowanie wieloma palcami, ale w zimie trzeba albo mieć specjalną rękawicę, albo obnażać palce, bo na inne rodzaje dotyku nie zareagują), ani oporowy (jak ekrany urządzeń „wielosezonowych”, które bezproblemowo przyjmują sterowanie dotykiem dowolnego rodzaju, w tym przez zwykłą rękawiczkę czy rysikiem, ale wymagają wyraźnego nacisku). To nie tyle ekran dotykowy, co ultraczuły czytnik. Każde dotknięcie oznacza przerwanie niewidzialnego strumienia (światła czy innych fal), który „zalewa” całą powierzchnię ekranu, a miejsce dotyku lokalizuje właśnie przez odczytanie miejsca przerwania. Efekt – dotykać można na wszelkie sposoby, ekran i tak zareaguje. I to diabelnie szybko! Poza tym ma iście nieprawdopodobną czystość obrazu, wspaniałą czytelność i rozdzielczość jak w najlepszych druku. Jego wadą jest niesłychana wręcz czułość na wszelkie zabrudzenia. Jeśli widzieliście kiedyś powierzchnię smartfonu używanego przez kobietę stosującą intensywny makijaż (puder, fluid czy krem), wiedzcie, że ekran tabletu kokpitowego w nowym XC90 będzie wyglądał gorzej już po kilkakrotnym wybraniu na nim jakiejkolwiek funkcji. Ten na zdjęciu poniżej to ekran w testowanym aucie w 40 minut od rozpoczęcia jazd próbnych. Podobno są specjalne folie, ale… No nie uchodzi!

IMG_5925

Nie uchodzi też, by w tak fantastycznie wykonanym i wykończonym wnętrzu (serio!) pojawiały się czarne wtopy, jak podsufitka, która jest niemalże luźna (i w sensie materiału, i zamocowania, w tym także elementów sterowania oświetleniem kabinowym). W testowych autach były wielkie szyberdachy, których sterowanie montuje się na podsufitce, więc kontakt z tym elementem był nieunikniony. I jakże rozczarowujący… Także wiotkość kieszeni drzwiowych i brak w nich jakiegokolwiek obicia wewnętrznego nie przystają do tak eleganckiego eleganta jak nowy SUV Volvo.

Nie wiem też, czy Volvo nie strzela sobie w stopę, na siłę forsując mikrosilniki w ogromnym aucie. Fakt, że w każdym wydaniu (zawsze R4 i dwa litry) te niewielkie jednostki napędowe wykazują się ogromną dzielnością, zupełnie niezłymi osiągami i rozsądnym apetytem na paliwo, ale jakoś tak… No nic, może trzeba by podejść do tego czysto użytkowo i po prostu… jechać?

Tym bardziej że jedzie się znakomicie, pneumatyczne resorowanie zapewnia świetny komfort (choć bywa niemile głośne), a kabina jest nie tylko piękna i ekskluzywna, ale też oferuje wspaniałe fotele, przestronność jak w wielkim vanie i – na życzenie – najwyższych lotów system audio. Bez najmniejszych wahań kwalifikuję go do najlepszych, z jakimi kiedykolwiek moje uszy miały do czynienia – nie tylko w samochodzie.

Tak więc odpowiedź na tytułowe pytanie może być tylko jedna: tak, warto było czekać. Inna sprawa, czy warto będzie kupić. Mam na myśli, czy czar nowego auta będzie równie mocno apelować do potencjalnych klientów, jak czar poprzednika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.