Miałem ostatnio okazję pojeździć po Berlinie i okolicach nowym Volkswagenem Passatem Variant (kombi) w wersji GTE, a więc hybrydą plug-in. Podobnie jak to było w przypadku bardzo zbliżonego technicznie Golfa GTE, miałem z tego testu mnóstwo frajdy – bo jest to taki typ auta hybrydowego, jaki jest mi najbliższy: właściwie w ogóle nie byłbym w stanie się zorientować, że jeżdżę samochodem innym niż konwencjonalny. Normalna, dwusprzęgłowa skrzynia automatyczna („normalna” w sensie, że nie CVT, które obrzydza mi każdy kontakt z coraz lepszą, a ostatnio wręcz znakomitą Toyotą Prius ‚2016), zupełnie normalnie przyłączający się do zabawy w napęd silnik 1.4 TSI 150 KM (jeden z moich najulubieńszych zespołów napędowych) – no i samochód, który ani budową, ani funkcjonalnością, ani masą nie różni się od swych konwencjonalnych „braci”, czyli jest po prostu perwersyjnie wręcz perfekcyjnym Passatem. Nie ma też żadnych niespodzianek w zakresie obsługi, multimediów, interfejsu… Jedyna różnica to dodatkowe funkcje wyświetlaczy, centralnego i międzyzegarowego (w testowanym egzemplarzu: wirtualnego, zamiast zegarów). 

Der neue Volkswagen Passat Variant GTE

Jeździ się tym też po prostu zwyczajnie. Kiedy wystarcza prądu w bateriach i nie próbujesz wywołać maksymalnych przyspieszeń, auto jeździ elektrycznie. Jak trzeba, dołącza się silnik benzynowy. Efekt to bardzo dynamiczny pojazd, który nawet pędzony po autostradzie nie przekracza 7 l/100 km, a w mieście oscyluje wokół 5 – i to z zastrzeżeniem, że ani razu nie próbowałem prowadzić w reżimie eco, nie narzucałem sobie więc żadnych ograniczeń dynamicznych. Podejrzewam, że po dwóch-trzech dniach posługiwania się tym autem, człowiek odruchowo zaczyna jeździć oszczędniej, co wcale nie znaczy „wolniej”. Ale i tak wyniki uzyskane w normalnej jeździe są co najmniej imponujące.

Wartio tu wspomnieć, że „plug-in”, czyli funkcja doładowywania z sieci, kablem, oznacza, że da się Passatem GTE jeździć całkowicie „za darmo”, czyli na prąd, o ile na każdym postoju typowego człowieka pracującego (dom-praca-dom lub duże zakupy) nie będziemy się lenić i podłączymy ładowanie. Pełne baterie pozwalają na ok. 50 km zasięgu bezemisyjnego. Jeśli dostępu do ładowarki nie ma, albo kierowca „nie lubi brudzić rączek” (to właśnie mój przypadek…), silnik benzynowy przejmuje dowodzenie – ale można też uruchomić tryb „Charge”, czyli wymuszone ładowanie akumulatorów. Wówczas zużycie paliwa rośnie w porównaniu z moją ww. średnią o ok. 80-100%. Warto więc pamiętać o kablu…

Bardzo dobre auto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.