Chevrolet Trax 1.7 DTCI

Kilka płaszczyzn rozczarowania – to najkrótsze podsumowanie testu Traxa. Nazwałem go „trzecim bliźniakiem” bez żadnych konotacji z p. Ludwikiem Dornem. Po prostu ma dwóch „braci”, Opla Mokkę i Buicka Encore, tyle że jest przy nich klasycznym przypadkiem „ubogiego krewnego”, mimo że jest identyczny.


Właśnie dlatego, że jest identyczny, a identyczny… nie jest! Bo zarówno Opel Mokka (też dopiero co przeze mnie testowany), jak i Buick Encore (obejrzałem go dokładnie na salonie samochodowym w Nowym Jorku w marcu) są bardzo dobrze wykończone. A Chevrolet – nie. To znaczy, jest bardzo solidny i porządnie spasowany, nie trzeszczy i w ogóle. Ale tworzywa, jakimi wykończono jego kokpit, wołają o pomstę do nieba! Twarde, okropne w dotyku, po prostu taniocha.

Ale w ogóle kokpit to miłe zaskoczenie: oferuje sporo bardzo „rodzinnych” schowków i niezwykle wysokiej jakości dotykowy ekran służący do obsługi większości systemów auta. Co prawda jego menu nie jest specjalnie intuicyjne – trzeba z każdego podmenu wychodzić po kolei, tak jak się wchodziło – ale ponieważ to pierwsza taka próba Chevroleta, trzeba się spodziewać tylko poprawy.

Gorzej z silnikiem. Nie potrafię ocenić, czy to jego immanentna cecha, czy tylko w Chevrolecie przyoszczędzono na materiałach także w komorze silnikowej, ale brzmienie jednostki napędowej jest okropne. Traktor po prostu, archetyp diesla. Fakt, że szybki i zrywny, fakt, że niezgorzej wypada w sensie zużycia paliwa  ale o wiele bardziej mi do tego nadwozia pasował benzynowy silniczek 1.4 Turbo w Oplu. W dodatku skrzynia połączona z dieslem ciężej pracuje, a sprzęgło jest tu twardsze.

Jak widać, Trax stanowi interesujący mix wad i zalet. Ale zdecydowanie za drogi mix…

Lipiec 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.