Jaguar F-Type 3.0 S/C Convertible

Pech – dostałem ten samochód do testu dopiero na początku grudnia. Szczęściem w nieszczęściu – nie padał jeszcze śnieg, było zupełnie sucho, a nad lekko zmrożoną Warszawą świeciło piękne słońce. Zgodnie z zasadami wpojonymi mi w Skandynawii i Wielkiej Brytanii, natychmiast zrzuciłem więc dach.

Jeszcze nie zamknęły się wszystkie klapki, pod którymi się chował, a z deski rozdzielczej na podszybiu wyjechały bardzo poważnej wielkości nawiewy, z których buchnęło niczym z pieca – najwyraźniej są „dopędzane” elektryczną grzałką właśnie na wypadek chłodu i jazdy topless, zanim silnik się nagrzeje.

Błyskawicznie znalazłem idealną pozycję w znakomitym „kuble”, sportowym, ale zdolnym zaimponować wielu luksusowym fotelom wygodą, z doskonale leżącą w rękach kierownicą. Bardzo dobre materiały i atrakcyjny design kokpitu dopełniły świetne pierwsze wrażenie.

Zaprzyjaźnienie się z multimediami trwało o wiele dłużej – za długo! – ale było to bez znaczenia wobec faktu, że siedzę w samochodzie dość powszechnie uznanym za jeden z cudów motoryzacyjnego świata jeśli chodzi o wygląd, a i na jazdę jeszcze nikt nie narzekał. Jako starzec znany z czepialstwa, uznałem to za wyzwanie.

Auto, choć miało pod maską „zaledwie” 380 KM ze średniego w palecie silnika 3.0 V6 z kompresorem, zachowywało się fantastycznie. Cudowne brzmienie ze sportowego wydechu stanowiło znakomite tło dla naprawdę imponujących demonstracji siły ze strony jednostki napędowej. 8-stopniowa skrzynia automatyczna pracowała świetnie, prowadzenie zaś określiłbym jako „wybitne”. W dodatku wybitne na kilka sposobów, bo jak chciałem, było posłuszne i stonowane, nawet jeśli za mocno wcisnąłem gaz – a gdy przełączyłem auto w tryb sport, gotowe do najdzikszych zabaw, wciąż wszakże w pełni poddając się kontroli. A zawsze lekkie jak baletnica w tańcu. Cudo!

Karoseria okazała się bardzo stabilna i sztywna, nie dało się nawet przez moment wyczuć pracy szkieletu pozbawionego „klamry” w postaci dachu. Tak, bez najmniejszego wahania przyjaźniłbym się z tym samochodem dłużej.

Mam do niego tylko jedno „ale” – to samo, co do wszystkich producentów kabrioletów (z jednym wyjątkiem). Czy to naprawdę taki problem, żeby – jak Mercedes – popracować trochę nad komfortem termicznym pasażerów kabrioletu? W sensie skutecznego wiatrochronu czy ciepłego nawiewu na kark? Nie mam nic przeciwko wiatrowi we włosach, ale marznąć nie lubię. Buchający w twarz piec w niczym nie zmienił bowiem faktu, że w głowę i kark zimno mi było okropnie. Choć oczywiście średnia temperatura była OK…

Grudzień 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.