Toyota Land Cruiser 3.0 D-4D 2011

IMG_0030

„Laisse tomber!” – usłyszałem. Tę francuską wersję okrzyku „Zostaw to!” wypowiedział za moimi plecami groźny sznapsbaryton, tak ostrym tonem, że nie zapanowałem nad dłonią i upuściłem solniczkę w kleks oliwy, który dopiero co zrobiłem na swoim talerzu. Odwróciłem się na krześle. Za mną stał mniej więcej 45-letni, śniady facet o wzroście najwyżej średnim, za to mierzący w ramionach co najmniej metr szerokości. Nie typ mięśniaka, po prostu kawał byka, ubrany w szary sweter wydziergany na drutach i czarne, robocze spodnie. Miał 4-dniowy, czarnosrebrny zarost, króciutko ostrzyżone, podobnie szpakowate włosy i twarz jak wyrzeźbioną z kamienia. Słowo honoru, byłem pewny, że mi się wyśnił – kiedy czytałem książki o tzw. korsykańskiej mafii, zawsze wyobrażałem sobie właśnie kogoś takiego jako jej „sierżanta”. A przecież byłem właśnie na Korsyce.

Przyleciałem tu na rajd off-roadowy najnowszym modelem Toyoty LandCruiser. Otrzymawszy zaproszenie, ucieszyłem się – lubię podróżować w nieznane mi jeszcze miejsca. Jednak miałem pewne obawy – w basenie Morza Śródziemnego jada się owoce morza i ryby, a ja tego do pyska nie biorę, bo mi szkodzi. Ale machnąłem ręką. Jakoś to będzie!

Jak się okazało, powinienem był się obawiać zupełnie czegoś innego. Korsyka jest zwana „wyspą owiec”, co mnie jednakowoż nie przerażało, jako że przy innych okazjach wielokrotnie pochłaniałem potrawy baranie i byłem nimi zachwycony. No cóż, to było gdzie indziej… Na Korsyce baranina jest faktycznie wszechobecna – niestety, w tym wydaniu, które mnie (i mnóstwo moich znajomych) odrzuca. Tłusta, z tym ciężkim zapachem, który nie tylko nie uruchamia u mnie ślinotoku, ale wręcz blokuje uczucie głodu. OK, możecie powiedzieć, że jestem francuski piesek. Jestem.

Powitalna kolacja w hotelu przeszła mi więc już na sałatce z rukoli i niezbyt już świeżej pod wieczór bagietce z masłem, co jest do przyjęcia, tym bardziej że doszły do tego znakomite „kalorie w płynie”. Ale śniadanie nazajutrz było prawdziwie francuskie – kawa, słodkie rogaliki i dżem. Jajka? Wędlina? Chleb? „Monsieur, pan chyba żartuje? Na śniadanie?” – kelner był przerażony.

Po tym wspaniałym posiłku przez pięć godzin uprawialiśmy jazdę terenową, wymagającą sporo wysiłku, skupienia, wysiadania, oglądania przeszkód i przymierzania ich do samochodu, wsiadania, najeżdżania itp. A ponieważ Korsyka jest górzysta, co chwilę zmieniała się temperatura i wilgotność powietrza. W efekcie byliśmy przemoczeni i zmarznięci.

No i głodni. Pojawienie się kawałka asfaltu, a potem urokliwej wioski i restauracji powitaliśmy więc wszyscy z radością. W knajpie było jeszcze bardziej obiecująco: żadnego zadęcia, po prostu miejsce, w którym się dobrze przebywa, przyjemnie je i pije. Na prostych stołach czekały karafki z winem, szklanki, lokalny chleb, fiolki z ziołami, przyprawami, octem winnym i oliwą – i parujące półmiski. Niestety, pełne duszonej baraniny. Pozostało mi tylko zapchać się francuską zakąską, wtrajając chleb maczany w oliwie i osolony. Nalałem sobie więc na talerz trochę oliwki, urwałem kawałek chleba, sięgnąłem po sól i właśnie miałem przystąpić do operacji oszukiwania głodu, gdy usłyszałem wychrypiane za plecami „Laisse tomber!”

Widząc moje zaskoczenie, facet uśmiechnął się do mnie – i nagle wszystko się zmieniło. Miał wesołe oczy i fantastycznie białe zęby. To już nie pasowało do moich wyobrażeń. „Dlaczego nie jesz obiadu? Nie smakuje ci?” – zapytał. Okazało się, że to „patron” – właściciel. Opowiedziałem mu o swoich problemach, a on mruknął, że da się zaradzić, kazał mi zostawić „to gówno do sałatek” i z niejakim trudem przepchnął się bokiem przez drzwi do kuchni.

Nabrałem nadziei – może jakaś zupa, może kurczak? Minęło 30 sekund, „patron” wrócił, dzierżąc pod pachą wielką puszkę, która mi się skojarzyła z warsztatem – kiedyś w takich sprzedawano oleje silnikowe do samochodów. W dłoni dzierżył duży słoik, w połowie wypełniony czymś szarym i grudkowatym, co nie przypominało mi niczego znanego.

Facet miękkim ruchem biodra odsunął mnie od stołu, postawił na nim słój i sprawnym gestem wepchnął widelec pod talerz, który stał teraz pochylony w moją stronę. Potem odkorkował puszkę i przechyliwszy się lekko, wprost spod ramienia chlusnął sporą porcję strasznie gęstej oliwy o zupełnie innej barwie niż ta, która stała w fiolce na stole. Była biaława i mętna. Zakręcając puchę, mruknął „To jest porządna oliwa! A to jest coś dla koneserów!” I już otwierał słój, i już wpychał doń dwa palce…

Dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie nie tylko, że dłonie ma jak bochny, ale że jego palce… Hmmm, jakby to powiedzieć… Nie spełniały unijnych norm czystości. Zastarzały, wgryziony brud typowy dla kogoś, kto ciężko pracuje fizycznie i nie próbuje tego ukryć, stosując jakieś wymyślne operacje higieniczne, jak choćby umycie rąk wodą i mydłem. „Patron” wygrzebał ze słoja sporą szarą grudę i rozkruszył ją palcami na oliwę na moim talerzu. „To, mój przyjacielu, jest porządna sól, sól morska, a nie to gówno ze sklepu!” Zanim zdążyłem się otrząsnąć, sięgnął na półkę za sobą i postępując identycznie jak ze słoikiem z solą, dokruszył mi na talerz jakichś specjalnych ziół. „Teraz spróbuj, to jest jedyny sposób na porządny chleb z oliwą!”

Spróbowałem. Było rzeczywiście pyszne. „Patron” musiał mi zrobić jeszcze trzy dokładki, w czasie których zjadłem chyba cały bochen chleba. A gdy już się napchałem, wystarczyło mi tego „paliwa” na kolejne pięć godzin walki z niesamowitą przyrodą i niewyobrażalnymi wertepami za kierownicą Toyoty, która wbrew swojemu niezwykle cywilizowanemu wyglądowi i luksusowi kabiny potrafi przejechać bez większych problemów przez teren, w którym sprawny piechur potrzebowałby pomocy.

Aż do kolacji w kolejnym hotelu. I kolejnego niezjedzonego dania z baraniny…

09.05.2010

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.