Idea coraz bliżej samochodu

Nie oszukujmy się: jest paskudny. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że o gustach się nie dyskutuje, a sądząc po szaleńczym popycie na tę nową wersję smarta (w Niemczech wzrost sprzedaży o 50%!), jednak moja opinia (że jest paskudny) nie jest opinią dominującą… Ale nie o urodzie trzeba tu rozmawiać, a o idei.

Bo przecież kiedy smart (jeszcze bez żadnych dopełnień czy „nazwisk”) powstawał, nazywał się MCC SMart (od Micro Compact Car Swatch Mercedes art) i miał być nie tyle samochodem, co emanacją wizji szefa firmy Swatch (tej od zegarków), który chciał stworzyć motoryzacyjny odpowiednik swych produktów. A więc relatywnie tani, fikuśny, apelujący do młodocianej klienteli pojazd miejski, który będzie maksymalnie ekonomiczny i bezpieczny. Wyszło inaczej, już bez Swatcha, bez taniości (zdecydowanie!), ale w sumie nie tak bardzo odlegle od podwalin ideowych. W każdym razie pozostało autko fikuśne, miejskie, ekonomiczne i bezpieczne. No, z tym ostatnim może nie tak do końca, bo jak wiadomo z fizyki, energia musi się zgadzać, więc jeśli konstrukcja szkieletu auta jest tak trwała i sztywna jak w smarcie (klatka „Tridion” o odporności niemal czołgowej, wielkie osiągnięcie inżynieryjne), to w momencie kolizji energia kinetyczna, jaką niesie ze sobą smart z dwojgiem pasażerów, wyładowuje się na tym, co się daje odkształcić. A poza kilkoma kawałkami zupełnie nikomu do niczego niepotrzebnego plastiku noszonego przez smarta zamiast maski, odkształcalne (i ruchome mimo mocujących je pasów) jest „miękkie” we wnętrzu Tridionu. Czyli ludzie. Obserwowałem pierwszy publiczny crash-test smarta przeprowadzony przez Dekrę w Szwajcarii jakieś 16 lat temu i byłem przerażony… Dziś jest o wiele lepiej, co dumnie zaprezentował Daimler (jest właścicielem smarta) w postaci testu zderzeniowego smarta Fortwo z Mercedesem S. Teraz smart ma 4 airbagi, więc zdecydowanie bardziej chroni swych pasażerów – dzięki poduszkom nie ma już mowy, by zatrzymali się dopiero na nieodkształcalnej klatce Tridion… [Tu uwaga: jedyny znany mi osobiście człowiek, który jeździ smartem Fortwo z własnej, nieprzymuszonej woli – Paweł Leśniak – twierdzi, że dostępna opcjonalnie jest jeszcze poduszka kolanowa dla kierowcy. Tym bardziej szacun dla konstruktorów]

Ale to zdecydowanie niejedyna nowość w aktualnym smarcie Fortwo. Zrobił się z niego rzeczywiście samochód. Nie takie miejskie toczydełko, doprowadzające do szału każdego, kto się spodziewał samochodu, a za kierownicą zorientował się, że to zupełnie nie ten adres. Teraz rozstaw osi jest większy, nie ma więc mowy o bujaniu się w przód i w tył – tym bardziej że znikła podstawowa przyczyna tego koszmarnego zjawiska, a więc przerażająco niedopracowana automatyczna skrzynia biegów. W nowym smarcie można mieć skrzynię manualną lub supernowoczesny i fantastycznie sprawny automat dwusprzęgłowy. Ten drugi zachowuje się, jakby nigdy nawet nie stał obok technicznego nieporozumienia w postaci poprzedniej generacji samochodziku. A ponieważ dopracowano układ jezdny, smart nagle skokowo dołączył do klasy normalnych aut – tyle że z zachowaniem swych dotychczasowych designersko-ideowych cech. Wciąż jest tylko dwuosobowy, wciąż oferuje ogromną przestronność dla tych dwóch osób, wciąż nie ma regulacji osiowej kierownicy i wciąż pozwala na parkowanie we wręcz absurdalnie ciasnych miejscach. Ale jednocześnie potrafi już jeździć po autostradzie (nawet aż po 160 km/h w topowej wersji turbo o mocy 91 KM), zachowując przy tym stabilność aż zaskakującą. To efekt zastosowania systemu przeciwdziałającego myszkowaniu (choć dla zmylenia wroga nosi nazwę przeciwdziałającego wiatrowi bocznemu). Sporą zasługę w stabilizacji odgrywa układ kierowniczy, który zestrojono na modłę mercedesowskiego Direct Steering, czyli układu o niejednorodnym przełożeniu, większym w położeniu centralnym, a zmniejszającym się w miarę pogłębiania skrętu kierownicy. Jednak to, co w Mercedesach robi znakomite wrażenie, tu momentami potrafi przerazić, tworząc niemal iluzję luzu na kierownicy. Ale przyzwyczaić się można, szczególnie biorąc pod uwagę zwrotność autka, ustępującą chyba tylko rowerom, bo normalnej wielkości motocykl potrzebuje tyle samo miejsca – o ile nie więcej.

Nie jest to jednak nadal pojazd, który da się normalnie porównywać z miejskimi samochodami. Jest kompletnie inny, bo powstał jako idea, a nie samochód. I trzeba o tym pamiętać, kiedy ktoś będzie się upierać przy prostym zestawieniu cen, możliwości przewozowych i zdolności do wyjazdu na rodzinny weekend.

To tyle.

A, jeszcze jedno…

Oczywiście, nie zapomniałem, że smart Fortwo ma większego brata. Nazywa się on Forfour i jest technicznie oparty na identycznej konstrukcji – tyle że między przód i tył Fortwo wstawiono ok. metra nadwozia i dodatkowy rząd siedzeń z drugą parą drzwi. Pewnie, to nie było aż takie proste, ale mniej więcej o to chodziło. Ja w każdym razie – póki ktoś mnie nie zmusi siłą lub podstępem – stanowczo odmawiam dyskutowania na temat Forfoura. Jest bliźniakiem Renault Twingo, które zrobiło na mnie tyleż piorunujące, co bardzo niepozytywne wrażenie – opisywałem to tu KLIK. OK, możliwe, że jako smart ten pojazd się lepiej prowadzi (też ma „system przeciwdziałający wiatrowi bocznemu”), ale trudno mi to było dostrzec, bo krew mnie zalewała na wszystko… Poza Mitsubishi Spacestar (patrz tu KLIK) nie pamiętam innego pojazdu, który by mi aż tak strasznie nie leżał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.