Mitsubishi Outlander PHEV

Nie cierpię SUV-ów, nie znoszę hybryd, zdecydowanie nie polubiłem też Outlandera 2.2 DI-D AT, którego testowałem w grudniu. Jego wersję PHEV – Plug-in Hybrid Electric Vehicle – podstawiono mi do testu w związku z konkursem na Światowy Samochód Roku, gdzie to Mitsubishi kandyduje do tytułu „Światowego Zielonego Samochodu Roku”. Więc lubię-nie lubię, muszę. Trudno, taka robota.

PHEV ma dwa silniki elektryczne (jeden napędza przednią, drugi tylną oś), ale wyposażonym w jednostkę benzynową, która w razie potrzeby pełni rolę generatora prądu do ładowania (tzw. REx, czyli „wydłużacz zasięgu”) albo swego rodzaju doładowania, gdy potrzebny jest silny przyrost mocy, i kiedy to wspiera silniki elektryczne swą mocą. Jest to możliwe, bo benzynowa jednostka może być połączona bezpośrednio z przednią osią jako napęd. Aha, to plug-in, czyli można go doładować z gniazdka – jeśli nie dopuścimy do rozładowania akumulatorów i pokonujemy mniej niż 50 km naraz, będzie jeździć tylko na prąd.

Tyle technikaliów wystarczy – choć normalny kierowca nie musi wiedzieć nawet tego. Nowoczesny samochód powinien być gotów do użycia bez studiów i wykładów. Wsiadam, jadę. A jeśli mam jechać ultraekologicznym autem? No cóż, przynajmniej według mnie jest dokładnie tak samo. Auto ma być gotowe do użytku bez jakichkolwiek zabiegów z mojej strony. Ekojazda jest dobra w „rajdach o kropelce” – ja jeżdżę po mieście i obwodnicy w konkretnym celu: dotrzeć na miejsce. Więc jeśli auto jest ekologiczne, powinno być takie samo z siebie, bez mojej pomocy. Dlatego np. Lexusa LS 600h absolutnie nie uważam za eko-auto – choć go uwielbiam, bo ma nieprawdopodobnego kopa. Jego hybrydowość polega tam na tym, że 8-cylindrowy silnik jest niejako doładowywany przez potężny silnik elektryczny. Ale ja uzyskałem w tym aucie średnie spalanie 16 l/100 km (producent obiecywał 9,6), a jak mogłem jechać swobodnie, to i 23 l/100 km – bo użytkowałem go jak normalne auto, bez prób oszczędzania paliwa. Na tej samej zasadzie Toyota Prius po mieście nie zaimponowała mi wynikiem 6,8 l/100 km (wg Toyoty: 3,9), ale już Infiniti Q50 Hybrid – tak. Użytkowany jak normalny mocny sedan, a mocny jest rzeczywiście, i to świetnie się prowadzący, więc kopany przy każdej okazji (patrz „Montserrat w nieskończoność”) po mieście i autostradzie zadowolił się średnio 8,6 l/100 km (wg Infiniti: 7,5 l/100 km).

A Outlander? Mitsubishi bezczelnie twierdzi, że ten 1,8-tonowy kloc średnio pali 1,9 l/100 km. Wbrew fizyce chyba… No nic, zobaczymy…

Normalna jazda przez Warszawę. Korki, odcinki całkiem puste i szybkie, obwodnica, potem wypad do Zalesia i trochę ostrej jazdy testowej w stronę Tarczyna po pustych leśnych drogach. Wynik: oszałamiający. Zbierając szczękę opadłą na podłogę, czytam: średnio 2,9-3,2 l/100 km! Dużo później, kiedy w korkach wyczerpałem zupełnie prąd z akumulatorów, samochód zaczął palić 5,8-6,2 l/100 km. Ale wtedy jego silnik benzynowy pracował cały czas, ładując baterie.

W dodatku auto nieprzerwanie było co najmniej równie żwawe jak jego turbodieslowski „brat”, ale o wiele lepiej się prowadziło – ma lepszy rozkład masy i lepiej zestrojone zawieszenie, a sterownik napędu dąży w każdej chwili do maksymalizacji przyczepności, w efekcie czego np. w ostrych zakrętach ten mastodont „wkręca się” do wnętrza łuku. Nie żeby był aż zwinny, nie. Ale na pewno jest całkiem przyjemny w prowadzeniu.

Poza tym jest Outlanderem. Czyli ma wkurzająco skopaną ergonomię: za mały zakres regulacji fotela i kierownicy.

Ale biorąc wszystko pod uwagę, muszę przyznać, że Outlander PHEV zrobił mi krzywdę w światopogląd. To jest naprawdę fajne auto.

luty 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.