Peugeot 208 GTI

Nic na to nie poradzę, historyczny Peugeot 205 GTI jest dla mnie wciąż istotniejszym hot hatchem niż pierwsze cztery Golfy GTI. Nie dziwota, że wyczekiwałem nowego wcielenia gorącego „francuza” jak kania dżdżu. Tym bardziej że jego bazę konstrukcyjną już zdążyłem poznać – Peugeot RCZ 1.6 Turbo 200 i Citroen DS3 Racing to jego przyrodnie rodzeństwo, które nie może nie zachwycić, wspaniale wyglądają i jeżdżą bosko, a przy tym imponują niezwykle wysoką jakością wykończenia i wykonania.


No więc już jest. I sobie nim pojeździłem. I od razu mówię, że było to jedno z najbardziej rozczarowujących doświadczeń w tym roku. Nie aż tak bolesne jak w przypadku Hyundaia Genesis Coupe, ale okropne.

To klasyczny przypadek straconej świetnej okazji. Bo nawet jeśli autko nie jest w moim typie pod względem urody, to bardzo wielu ludziom się podoba, więc łatwo do dobrego przyjęcia rynkowego dobudować coś, co opiera się na legendzie. A nie zapominajmy, że na myśl o legendarnym Peugeocie 205 GTI zaczynają lśnić oczy nie tylko takim starcom jak ja, ale i dzieciakom, jak mój 22-letni syn. I tak naprawdę to tacy jak on najbardziej czekali na 208 GTI. Bo Golf jawi się młodzieży jako zbyt stateczny, by wyczekiwać wersji GTI kompaktowego Volkswagena inaczej niż tylko z ciekawością badacza.

208 jest w swojej klasie mikrusem. Zmalał w porównaniu ze swym poprzednikiem, jednak w kabinie oferuje całkiem sporo miejsca, na pewno nie mniej niż rozrośnięci rywale jak choćby Renault Clio. Ma bardzo interesujące wnętrze. Choć zaprojektował je mój serdeczny kolega Adam Bazydło, nie wstydzę się powiedzieć (jemu to też powiedziałem w oczy), że dla mnie jest bezsensowne, nie do przyjęcia, nielogiczne – ale kimże ja jestem… Innym się podoba. OK, ale także w wersji GTI, doposażonej w fantastyczne i fantazyjne elementy designerskie, jak płynne przechodzenie kolorów na elementach kokpitu (w testowanym aucie z krwistej czerwieni po głęboką, kosmiczną niemal czerń, efekt znakomity), czy doceniane nie tylko przez kobiety, kontrastowe przeszycia połączeń materiałów i skór na desce rozdzielczej i fotelach, do kabiny wrzucono niemal bezładnie dziesiątki kilogramów tandety. Poza skórą bowiem (a i ta jest dość plastikowa) absolutnie wszystkie elementy wykonano nie tylko niechlujnie, ale i z tandetnych tworzyw sztucznych. Obrzydliwych w dotyku, wyglądzie, nawet zapachu. No i byle jak połączonych, przez co niechlujstwo procesu produkcyjnego (pozostawione ostre krawędzie wytłoczek przez albo nieostrzone, albo wyeksploatowane, albo po prostu… niechlujnie wykonane wycinarki form do plastiku) jest widoczne na pierwszy rzut oka, a często zauważalne, bo łatwo o takie rzeczy zaczepić ubraniem czy skórą dłoni, łydki, łokcia…

Po prostu wstyd. I niech mi nikt nie mówi „Francuzi!”, bo nie cierpię takich stereotypów. Zajrzyj sobie jeden z drugim do Peugeota RCZ czy któregokolwiek z produkowanych dziś modeli Citroena, na czele z „bratem” Peugeota 208, czyli DS3! Są świetnie wykończone! A więc można? Można! A tu… Kilka felietonów temu z najwyższym oburzeniem wypowiadałem się o niechlujstwie twórców Renault Clio, także tego topowego, R.S. I wychodzi na to, że będę musiał odszczekać, bo Peugeot 208 przebija to dno.

Ale Renault Clio R.S. poza „opeerem” za materiały i niestaranne spasowanie dostało też mnóstwo pochwał. Za twardy i hałaśliwy, ale stabilny i przewidywalny układ jezdny, znakomicie współpracujący z kierowcą chcącym wykorzystać możliwości napędu, za znakomitą skrzynię biegów, świetnie dopasowaną do wielkich możliwości silnika, a sprawną i nowoczesną jak u najlepszych rywali, za frajdę z prowadzenia auta, za bardzo dobre fotele, za sprawne hamulce… No więc z tych wszystkich dziedzinach – z wyjątkiem silnika, który jest zaiste wspaniały i chyba pozostanie moim faworytem w klasie 1.6 – Peugeot dostaje ode mnie same oceny niedostateczne.

Jego skrzynia jest bowiem na poziomie niewiele wyższym niż w „cywilnych” modelach. Zaraz, wróć. Skrzynia sama w sobie w sensie zespołu kół zębatych zmieniających przełożenie pomiędzy silnikiem a kołami jest OK. Czyli przełożenia się zgadzają, są dopasowane do charakteru silnika i auta. Natomiast reszta jest niestety, „typowo francuska”, jak by to powiedzieli ludzie używający nielubianych przeze mnie stereotypów. Czyli: synchronizatory służą nie do ułatwiania i przyspieszania zmiany biegów, a do utrudniania tego niecnego procederu (cymes w aucie sportowym, nie?), a zmuszone do współpracy, protestują głośnym chrobotem, i układ przełączania biegów ze skokiem dźwigni na poziomie akceptowalnym w Peugeotach czy (żeby nie było, żem antyfrancuski) Mercedesach jeszcze drobne 20 lat temu, ale nie dziś. Zresztą nawet w tamtych czasach nikogo by nie zachwycił poziom precyzji załączania biegów (dźwignia chodzi dość luźno i „wbicie” np. 5. biegu nie jest związane z pewnością trafienia, co stresuje i z pewnością nie służy sportowym wyczynom). Ponadto samo przesuwanie lewarka często daje takie wrażenie jakby człowiek rozrywał kości udka kurczaka. Ani to miłe, ani sportowe. No, chyba że chodzi o sport innego typu i np. zakładanie dźwigni na ramię zapaśnika…

Dalej: czy tylko Renault stać na dołożenie funkcji elektronicznej blokady mechanizmu różnicowego? Albo czy tylko Forda i Citroena na takie zestrojenie geometrii napędzanej przedniej osi, by przyspieszanie nie musiało iść w niebo z dymem jednego koła i tarmosić kierownicą? Eeee… Cholera, Peugeot też potrafi. Znów zapomniałem, że istnieje RCZ – no, ale znikł mi z oczu, bo zaparkował w moim Garażu Marzeń… W każdym razie przy całej nieprawdopodobnej zdolności silnika 1.6 Turbo 200 do zrywania się do boju od każdych obrotów, praktycznie od samego „dołu”, frajdę kasuje natychmiastowe buksowanie, myszkowanie, wyrywanie kierownicy z rąk… Jak by to powiedział Nikodem Dyzma, „A na cholerę mie z taką miłością!”.

W dodatku ten samochód jest naprawdę piekielnie szybki. Piekielnie! I wściekle zwinny, co prowokuje, nawet różnych steranych życiem… Próbując nie dopuścić do „urwania” mi się w ruchu miejskim Subaru Imprezy WRX, stwierdziłem, że tak leciutki i mały pojazd rzeczywiście dzięki łasicowatemu charakterowi potrafi przytrzeć nosa i znacznie mocniejszym, lepiej przenoszącym napęd autom. Ale już przy czwartym gwałtownym manewrze przeskakiwania z pasa na pas między samochodami dałem spokój, bo okazało się, że Peugeot 208 GTI potrafi nagle z łasicy zmienić się w kupę bezwładnego żelastwa. Mianowicie jeśli wykonać taki manewr z jednoczesnym ujęciem gazu (o przyhamowaniu nie mówiąc), naturalna, a tu dość spora podsterowność, piorunująco przeskakuje w nadsterowność. Naprawdę bardzo dobry układ kierowniczy i chyba jednak spora rutyna pozwoliły mi nie tylko opanować nagle narowisty samochodzik, ale – później – nawet się tymi skłonnościami trochę bawić. Jednak w tak krótkim samochodzie wywoływanie nadsterowności nigdy nie jest bezkarne. Szczególnie biorąc pod uwagę dziwaczną cechę „208” GTI, jaką jest – przy drastycznie twardym zawieszeniu – bujanie się karoserii i nurkowanie!

To szczególnie umie napędzić strachu podczas awaryjnego hamowania, gdy nagle auto zaczyna się zataczać.

Nie, ten „braciszek” z rodziny Citroen-Peugeot 1.6 Turbo kompletnie się nie udał. Ma zbyt chwiejny charakter.

Sierpień 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.