Toyota Auris Touring Sports Hybrid

Dawno temu, kiedy za opowiadanie tzw. dowcipów politycznych można było dorobić się poważnych nieprzyjemności, opowiadano taką historyjkę: Rosja. Rok 1917.


Aktywista partii leninowskiej namawia swojego znajomego, robotnika, biedaka, ale nieuświadomionego politycznie, żeby się przyłączył, wsparł rewolucyjne dążenia klasy robotniczej. Ten nawet by wsparł, ale tak naprawdę nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. No więc agitator mu tłumaczy, że ucisk, że wyzysk, że nieliczni bogaci i wielkie masy nędzarzy… Robotnik układa sobie to wszystko w głowie i mówi:
– No dobrze, ale co ta twoja rewolucja w tym zmieni?
– Nic nie rozumiesz? Teraz na przykład ty jesteś głodny, nie zjadłeś nic porządnie sycącego od trzech dni i tylko harujesz, żeby nie stracić pracy. A ten wyzyskiwacz, twój pracodawca, sapie z przejedzenia i po obiedzie wcina poziomki ze śmietaną. No więc jak przyjdzie rewolucja, to ty też będziesz mógł jeść poziomki ze śmietaną!
– Ale ja nie lubię poziomek ze śmietaną!
Rozwścieczony biernym oporem kolegi, agitator wybucha:
– Jak przyjdzie rewolucja, to polubisz!

Tak mi się skojarzyło. Bo strasznie nie lubię samochodów, które są nijakie, tak nijakie, że nawet ich nijakość jest nijaka. A benzynowa Toyota Auris właśnie jest taka nijaka, nawet jako Touring Sports, czyli w wersji kombi, na którą bardzo długo czekali fani marki. To nie samochód, a środek transportu. Jej 132-konny silnik jest jednak nijaki nawet na tle nijakiej nijakości samego auta. Pół dnia nim jeździłem i doszedłem do wniosku, że dawno nic mnie tak nie wykastrowało z temperamentu. Wsiądź, uruchom silnik, nie kombinuj przy audio, bo się zmęczysz, a i tak celu nie osiągniesz, wrzuć jedynkę, rusz, jak najszybciej wrzuć szóstkę i nie wyłączaj jej, póki nie dojedziesz na miejsce. No dobrze, możesz kierować.

Zakończywszy tę turę testów, byłem tak znudzony, ugotowany i „zmiękczony”, że przyjąłem, iż oto nadciąga nieuchronna rewolucja  i gotów byłem się zgodzić na wprowadzenie automatycznych, autonomicznych samochodów i w ogóle likwidację kierowców. Otępiały i bezwolny odebrałem kluczyki do drugiego z testowanych Aurisów TS – w wersji hybrydowej. Nominalnie o niemal takiej samej mocy łącznej jak ten benzynowy: 136 KM. Warto wiedzieć, że nie jestem amatorem hybryd. Nie żebym ich nienawidził – są zbyt bezpłciowe, by wzbudzać we mnie tak silne uczucia. Ale zdecydowanie nie jestem ich fanem. Siadałem więc za kierownicą tego auta jak skazaniec na krześle elektrycznym. Uruchomiłem silnik – stop! Nieprawda! Wcisnąłem guzik, włączający obwody tego wielkiego komputera, który przez najbliższych kilka godzin miał udawać samochód, i w zupełnej ciszy, na elektrycznym napędzie, wyjechałem na drogę.

Minąwszy pierwsze skrzyżowanie, wcisnąłem gaz i… I nagle bez żadnych protestów, wycia i skandalu jechałem 80 km/h! To, co wymagało jeszcze pół godziny temu niemal błagania, by auto raczyło przyspieszyć, nagle okazało się nie tylko możliwe, ale wręcz miłe! To był tak kompletny przeskok, że w świetnym nastroju pokonałem całą zaplanowaną trasę, ciesząc się naprawdę dynamicznymi zachowaniami samochodu, ciszą w kabinie i zużyciem paliwa oscylującym niezależnie od sposobu jazdy w okolicach 5 l/100 km. Tylko na autostradzie, kiedy przyspieszałem do 120 km/h, przez chwilę słyszałem silnik benzynowy. Po uzyskaniu zadanej tempomatowi prędkości, silnik zszedł na niesłyszalne 2000 obr./min i tak już trwał. Tyle że zużycie paliwa skoczyło do 7,5 l/100 km. Było to tak miłe, że bardzo długo trwało, nim się zorientowałem, jak drastycznie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Coś, co jeszcze rano uznałbym za ledwie namiastkę samochodu, jawiło mi się teraz fajnym pojazdem.

Czyli zgodnie z rosyjską opowiastką – polubiłem poziomki ze śmietaną…

Auris TS jest dość typowym kombi w klasie kompaktowej. Przestronnym, z dużym bagażnikiem i schowkami pod jego podłogą, wygodnym i przyzwoicie się prowadzącym, dobrze wykończonym… Tyle że konkurencja robi takie samochody już od dawna. Lepiej je wyposaża i lepiej wykańcza ich bagażniki (na zdjęciu widać pokrywę schowka w burcie – równie dobrze mogłaby pochodzić z bardzo taniej marki i sprzed 10 lat. Ale narzekać nie ma co. Toyota wreszcie ma kompaktowe kombi, a o wysoki poziom sprzedaży zadba rzesza wiernych klientów – tak wiernych, że właściwie można mówić o wyznawcach. I to jest ogromny kapitał. Sądząc po obietnicach, marka nie ma zamiaru go zmarnować – zapowiada bardzo sensowne oferty indywidualne i flotowe i wreszcie zacznie wykorzystywać inny swój atut: Toyota Bank. I będzie silnie promować hybrydową wersję, która występuje tylko w dwóch wersjach: bardzo wypasionej i jeszcze bardziej wypasionej. Co prawda do wyboru są jeszcze wersje dieslowskie, ale z kupowaniem Toyoty w dieslu poczekałbym na pierwsze efekty współpracy silnikowej Japończyków z BMW.

Czyli – jak już Auris TS, to… poziomki ze śmietaną!

Lipiec 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.