Porsche? To od Sztaudyngera!

Nie lubię kabrioletów. Nie znoszę klaustrofobicznych wnętrz. Drażnią mnie samochody niewygodne, z bezsensownym wyposażeniem, wymuszające na mnie konkretne zachowania, bo źle im wychodzi po prostu bycie samochodem do codziennego użytku. Wszystko to razem znaczy „nie lubię samochodów takich jak Porsche Boxster/Cayman”.


A właśnie oba te modele uwielbiam. Opisywałem je już tu: Boxster S, Cayman S, używając takich sformułowań, że teraz Porsche zna moje najskrytsze marzenia i może mnie dowolnie szantażować lub kusić.

Mój całkiem nowy kolega pracujący w dziale kontaktów z mediami Porsche w Zuffenhausen, Lukas Kunze, podsumował moje rozterki związane z opisanym wyżej klinicznym przypadkiem osobowości rozszczepionej tak: „No co, po prostu to Porsche. Nie próbuj niczego rozumieć. Przyjmij to do wiadomości i tyle.” W sumie – ma rację. Po co z tym walczyć? Przecież jak się człowiek zakocha, to nie powinien narzekać, że wybranka mu nie odpowiada. Lepiej uznać, że przez to, że nie jest ideałem, nigdy nie stanie się nudna. Jak u niezapomnianego twórcy dość czasem frywolnych fraszek, Sztaudyngera: „Mój mąż działa mi bez przerwy, raz na zmysły, raz na nerwy”.

Szczególnie mocno sobie to uzmysłowiłem, gdy ostatnio objeżdżałem w Stuttgarcie dwie nowe wersje Boxstera i Caymana: warianty GTS. Wiadomo od zawsze, że jak Porsche nazywa się GTS, to jest jakby stopniem wyższym od Porsche. To znaczy tak: każde Porsche z założenia jest przede wszystkim cudem techniki, a tuż potem – autem wybitnie sportowym. I tak samo jest w przypadku aut najstarszych, modeli 356 i 550, jak w najnowszych. Nawet najsłabsze, bazowe wersje silnikowe nadają się do wyjazdu na tor wyścigowy i do walki o zwycięstwo. Ale jeśli do nazwy modelu dodają w Zuffenhausen te trzy literki (GTS), to znaczy, że auto nie tyle „nadaje się” do wyścigu, co „jest wyścigowe”. I tak jest nawet w przypadku np. wielkiego SUV-a Cayenne: jako GTS jest znacząco słabszy od modelu Turbo S (420 wobec 550 KM), ale na torze wyścigowym GTS masakruje potężniejszego „brata”. Po prostu charakterem, fabrycznym przystosowaniem do właśnie masakrowania innych. Do jazdy na wysokich obrotach, do hamowania w ostatnim fizycznie możliwym momencie przed zakrętem, do pokonywania zakrętu w sposób przeczący fizyce. Takie są modele Porsche z oznaczeniem GTS.

Niestety, nie miałem możliwości wyjechania ani Boxsterem GTS, ani Caymanem GTS na jakikolwiek tor wyścigowy – czy choćby sprawnościowy, testowy. Wykonałem więc plan maksimum w warunkach minimum: objechałem drogi Szwarcwaldu, dzięki czemu zaliczyłem i miejskie niedoskonałości jezdni, i najlepsze autostrady wokół najbogatszego miasta Niemiec, Stuttgartu, i nieprawdopodobne, fantastyczne lokalne drogi. Takie trasy są nawet oficjalnie zalecane przez fabrykę tym klientom, którzy chcą zaraz po odebraniu swego Porsche naprawdę poczuć, do czego jest ono zdolne. Wziąłem więc opis takiego szlaku i pojechałem.

I powiem tak: cholera! Nic a nic nie dało się „odkochać”. GTS-y są oczywiście znacznie twardziej zawieszone i głośniejsze, mają zupełnie inaczej zestrojone silniki. Pal diabli niewielki wzrost mocy wobec wersji S – ale silniki GTS po prostu inaczej się zachowują. Są agresywniejsze, ale wymagają też agresywniejszego traktowania – i wtedy wykazują posłuszeństwo. Spuścisz takiego z oka – wierzgnie niczym neurotyczny koń wyścigowy. Będziesz trzymać krótko i cisnąć go mocno – pojedzie jak po sznurku, wliczając w to objeżdżanie zakrętów, jakby przyczepność miała inny wymiar w tej marce. I przyspieszanie, jakby zdolność prowadzenia bocznego opon miała wyjątki – dla tej marki. Wszystko jest tu fantastyczne i obłędne. I wszystko jest nieznośne, ciasnota, niewygoda, hałas… Nieważne, czy jedziesz z boską manualną skrzynią, czy z niemożliwie idealnym dwusprzęgłowym automatem. Właściwie wszystko jest nieważne…

Poza emocjami. A te wykraczają daleko poza to, co można sobie wyobrazić.

Ale żeby nie było, że się mądrzę, przy okazji powiem także, że nie znoszę SUV-ów, a Cayenne’a to po prostu znienawidziłem od pierwszego wejrzenia. Ale po oba małe GTS-y pojechałem jego wersją Turbo S i kiedy to monstrum wielkości domu (i o masie domu) katapultowało mnie do 100 km/h w 4,5 s, kiedy pędziło 280 km/h po niemieckiej autostradzie, trzymając się drogi jak magnetyczny pociąg i pieszcząc mnie jednocześnie obłędnie wysokim komfortem jazdy i akustycznym, również odczuwałem rozdwojenie jaźni, zwane z angielska „love-hate relation”. Ale trudno, niech będzie. Dla takich rozterek warto żyć.

Tu jednak muszę opowiedzieć, z czym ten SUV już zawsze mi się będzie kojarzyć. Otóż z rekordami Grzegorza Lato na „setkę”. Jako piłkarz, w czasach, gdy był królem strzelców Mundialu, biegał „setkę” w czasie poniżej 11 s. Diabelnie szybko. Jako prezes PZPN, gdy rozmawiający z nim reporter nawiązał do tej rekordowej szybkości, Pan Prezes oświadczył, że teraz jest szybszy, że „setkę” robi w trzy sekundy: „Raz – łapię kieliszek, dwa – podnoszę do ust, trzy – chlup”. No więc w porównaniu z Cayenne Turbo S to nawet taki specjalista się nie liczy. Przy 280 km/h silnik V8 biturbo w 3 sekundy pochłania pół litra. Fajnie to wygląda, jak się obserwuje strzałkę paliwomierza…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.