Nie zawsze musi być Porsche…

Mam z Panamerą problem od samego początku. I nie, wcale nie chodzi o to, że podczas pierwszej nią jazdy, na samym początku produkcji, po przyfabrycznym torze w Lipsku, spadła mi na głowę podsufitka, a klameczka schowka przed pasażerem została mi w dłoni po próbie otwarcia tegoż schowka. Nie. To problem natury poznawczej: dla mnie nie jest to ani Porsche, ani limuzyna. I mówię to z pełną świadomością samozaprzeczania, bo niewątpliwie limuzyną (i to luksusową) jest – podobnie jak niezaprzeczalnie reprezentuje cechy Porsche w dziedzinie dynamiki i zachowań podzespołów technicznych. Tyle że ja wciąż ją odbieram jako podróbę. Nawet doskonale zdając sobie sprawę, że jakaś część mnie dostrzega w Panamerze to, co sprawia, że auto to znajduje mnóstwo nabywców: że jest to Porsche dla tych panów, którzy nikomu nie muszą udowadniać swej męskości mimo zaawansowanego wieku.

Ten konkretny egzemplarz dostarczył jeszcze jednego problemu: zastosowanie do wykończenia wnętrza koloru marchewkowego (choć podobno to karmel) jest dla mnie profanacją. Oh, doskonale zdaję sobie sprawę, że absolutnie wszystkie kobiety, które miały z tą Panamerą do czynienia, były zachwycone zestawieniem stalowoszaroniebieskiego lakieru karoserii z przecieranką dla niemowląt w kabinie. OK, wiem, że o gustach się nie dyskutuje – sam miałem auto z beżowym wnętrzem, a wciąż mam takie z brązowym. Ale do cholery, nie na wierzchu deski rozdzielczej!!! Przednia szyba zmienia się w tej sytuacji po prostu w lustro, a podczas jazdy pod słońce kierowca najlepiej widzi tylną obudowę zegarka na szczycie kokpitu – na tle morza karmelu.

OK, ale pomijając wrażenia estetyczne (a raczej nieestetyczne) po prostu muszę to przyznać: choć z dieslem, choć to nibylimuzyna, to jest najprawdziwsze Porsche. Fantastycznie się prowadzi, jest oszałamiająco stabilne i przy tym obłędnie wyciszone, zapewnia niewiarygodnie wysoki komfort i poczucie jak w starym przeboju Franka Sinatry – siedzę sobie na szczycie tęczy i mam świat na sznurku owiniętym wokół palca – i mogę zrobić, co mi w duszy zagra, wystarczy poruszyć palcem.

Jednakże na tle tego najwybitniejszego osiągnięcia technicznego i konstrukcyjnego wszech czasów, jakim jest model 911 (ale także na tle Boxstera, Caymana i Macana – bo Cayenne nie jest samochodem, a autobusem), Panamera to nie Porsche. 8-biegowy automat drażniąco powoli odczytuje chęci kierowcy, a gigantyczny odwłok za plecami prowadzącego wymaga nieprzerwanej koncentracji przy każdym gwałtowniejszym manewrze – skłonności do zarzucania są tu na poziomie amerykańskiego auta ze sztywną osią, choć jeśli będziesz pilnować kierownicy i kontrolować własną prawą stopę, po zakrętach będziesz jeździć jak po torach, bez śladu wahań. Ale wszystko to razem nie chce mi się złożyć w spójny obraz, typowy dla genialnie dopracowanych konstrukcji z Zuffenhausen.

No i jeszcze te okropne fotele… Natychmiast po oddaniu testowej Panamery przesiadłem się w inne auto z Grupy VW – do dość mocno skrytykowanego tu przez mnie Audi Q3. I powiem tak: fotele w tym kompaktowym SUV-ie są o lata świetlne bardziej komfortowe niż w superluksusowej limuzynie Porsche Panamera. I nikt nie umie mi wytłumaczyć, o co tu chodzi. Bo przecież znakomite, fantastycznie wygodne „meble” z Audi A6/7/8 (nawet w nielubianym przeze mnie wydaniu S line) byłyby znakomitym dopełnieniem Panamery, a z pewnością nie są mniej sportowe od tego, co Porsche oferuje swym klientom. Przy okazji: wydłużenie podłokietnika drzwiowego na wewnętrznej stronie burty za drzwiami zapewne zachwyca każdego designera, ale w rzeczywistości stanowi przemyślną pułapkę na łokieć wysiadającego. To tak przy okazji…

Oczywiście, pozostaje jeszcze kwestia multimediów – najgorszych w Grupie VW. Podobno już wchodzą na rynek modele 911 z lepszym systemem, ale uwierzę, jak zobaczę.

W każdym razie nie: nie zawsze musi być Porsche. Panamera nawet na pewno nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.