Jedzenie miodu

W tym kolorze jest po prostu brzydki, by nie użyć jakiegoś jeszcze cięższego określenia. Zresztą w ogóle nie jest to model rzucający na kolana urodą. Dla mnie jednak jest to urządzenie wymarzone. Nawet absolutny król, cesarz, Zeus Gromowładny i Odyn Powieszony w jednym, czyli Porsche 911 Turbo S nie kręci mnie tak bardzo, jak właśnie obecne wcielenie Boxstera.

Kiedy pierwszy raz wsiadłem do Boxstera, doznałem nigdy wcześniej nieznanego poczucia, że siedzę w czymś, co zrobiono specjalnie z myślą o mnie, dla mnie i tylko dla mnie. Dostałem amoku na punkcie Boxstera S, koniecznie z manualną skrzynią biegów – chyba w ramach związku sado-maso, biorąc pod uwagę uszkodzenie mojej lewej stopy i związane z tym kłopoty ze sportowymi pedałami sprzęgła. Ale w Boxsterze operowanie sprzęgłem, nawet w obecności właściwie ciągłego bólu, sprawiało mi nieopisaną przyjemność. Nawet w pewnej chwili zastanawiałem się, czy rzeczywiście komukolwiek jest potrzebne coś takiego jak dwusprzęgłowa skrzynia biegów PDK. Oczywiście, trwało to tylko tak długo, póki nie dostałem do jazdy Boxstera wyposażonego w tę przekładnię. A więc póki nie przypomniałem sobie, jak dalece genialne jest to urządzenie. W skali ocen od zera do 10 u mnie ma 12…

A potem dostałem „pod siodło” Boxstera GTS…

Opisywałem już na tym blogu oba te spotkania. Ale i tak – może przypadkiem, a może żebym sobie przypomniał, na czym stoję – dostałem go ponownie do testu, tym razem w Polsce i tym razem nie na dzień, a na prawie tydzień. Oj, przypomniało mi się wszystko, oj, przypomniało! Jak zwykle świadomość, że nie znoszę klaustrofobicznych, dwuosobowych kabin, pojawiła się na moment gdzieś z tyłu głowy, by natychmiast zniknąć w hałasie (jakże pięknym!) wolnossącego boxera, w upojeniu nieprawdopodobnym trzymaniem się drogi (nawet o złej nawierzchni!) tego wspaniałego, centralnosilnikowego auta, w oszołomieniu precyzją i doskonałością wspomagania jego układu kierowniczego. I w niemal ekstazie, gdy podczas zrywu pod gołym niebem przeżywa się przeciążenia jak z trenażera katapulty… Nie ma takiego sportowego manewru, którego ten samochód nie potrafi wykonać. Jazda po szybkich zakrętach za kierownicą Boxstera GTS niebezpiecznie ociera się o doznania seksualne, a osiąganie limitu zakresu granicznego jego przyczepności wywołuje nie lęk, a ekstazę. Jak wiadomo, centralnosilnikowe auta sportowe są bardzo długo neutralne, ale wystarczy o włos przeskoczyć to „bardzo długo”, by mieć naprawdę pełne ręce roboty. Tu jest inaczej – Boxster niemalże namacalnie informuje kierowcę, że to już niedługo, a jeśli już do tego dojdzie, zachowuje się z klasą, prawie że grzecznie: owszem, silnie wyrzuca tył i zarazem dostaje „miękkiego nosa”, ale robi to jakoś tak, by nikogo nie skrzywdzić. W każdym razie ujmę to tak: absolutnie cudownie jest w tym aucie osiągnąć stadium, w którym już się zaczyna ślizgać, ale jeszcze się nie wchodzi w poślizg. Może to głupio brzmi, ale właśnie tak jest. I wtedy samochód się bawi wraz z kierowcą, wyraźnie to też lubi, a kierowca… Kierowca dochodzi do tego wspaniałego momentu (uwaga: znów nawiązanie zdecydowanie erotyczne), który Kubuś Puchatek określał tak: „W jedzeniu miodu najprzyjemniejszy jest moment tuż przed zjedzeniem miodu”.

Teraz mniej poezji, wracamy na ziemię – w związku z komentarzami dotyczącymi moich spostrzeżeń w poprzednim wpisie, tym razem odniosę się również do czegoś więcej niż tylko ekstazy i własności jezdnych. Otóż kiedy prowadzi się takie Porsche, kiedy się człowiek rozgląda po jego kabinie, po tym wszystkim, co go otacza, co w ogromnej większości wykonane jest z najlepszych, choć trywialnych materiałów, a co jest zamocowane tak solidnie, że nie daje się nawet poruszyć, żeby nie wiem, jak szarpać, kiedy sobie uświadomi, że zberezieństwa, jakie sam popełniał za kierownicą tego wspaniałego mechanizmu, to tylko kolejne wygłupy z długiej serii popełnianych przez wszystkich innych entuzjastów, którzy już testowali to auto (oraz że już czekają następni), a ten samochód wszystko to wytrzymuje i nie zaczyna trzeszczeć, skrzypieć, nie dostaje luzów i wciąż startuje jak armatni pocisk i hamuje jak schwytany w sieć na lotniskowcu – jak sobie człowiek to wszystko uzmysłowi, to przestaje się dziwić, że samochody Porsche są tak drogie. Bo jakość i solidność mają swoją cenę. A uświadomiwszy sobie to wszystko, można dopiero zacząć wydziwiać, że na kierownicy i konsoli środkowej wciąż dostajemy (przy takiej cenie!) PUM, czyli plastik udający metal. Że wciąż fotele są najwyżej niespecjalnie wygodne, a do dobrych im bardzo daleko. Że wyposażenie jest żałosne i dopłacać trzeba niemal za wszystko – i to po tym, jak się już na auto wydało 350 000 zł. Że multimedia są najgorsze w Grupie Volkswagena i w skali całego rynku motoryzacyjnego zasługują najwyżej na określenie „średnie”.

Ale wszystko to nie ma najmniejszego znaczenia – pożegnanie się z tym samochodem wywołuje niemal fizyczny ból, a wady nie mają znaczenia. I tak uważam, że to najlepszy sportowy samochód wszech czasów. Właśnie Boxster, nie jego zadaszony bliźniak Cayman. Nie umiem tego wytłumaczyć – a przede wszystkim nie chcę.

P.S. Zupełnym przypadkiem odkryłem tajemnicę Boxstera. Otóż telefoniczne polecenie „z centrali” (od Najlepszej z Żon) skierowało mnie podczas drogi powrotnej z sesji zdjęciowej do Auchan (product placement!), bym przywiózł do domu dwie zgrzewki napojów różnych (upał, jaki był w pierwszej połowie sierpnia, zapewne pamiętają wszyscy). Nabyłem, otwarłem przedni bagażnik (bo jest jeszcze tylny) i zdziwiwszy się jego rzeczywistą wielkością i użytecznością, napełniłem go mniej więcej 50 kg zakupów. Po czym ruszyłem radośnie do domu, jak zwykle przy okazji powożenia sportowym autem, bawiąc się w idealny tor jazdy i sprawdzanie maksymalnej bezpiecznej prędkości na estakadzie nad Puławską (polecam, kupa zabawy!). Jeszcze jednak nie zdążyłem dojechać do podjazdu, a już wiedziałem, że coś jest nie tak. Samochód dosłownie zaczął „pływać”, jakbym jednocześnie złapał dwa „kapcie” na tylnej osi. Ponieważ było to dość miłe i łatwe do opanowania, cieszyłem się tym przez te kilka kilometrów do domu – ale z jazdą Porsche nie miało to nic wspólnego. Auto miało własności jezdne jak amerykański pikap z wielkim V8 Hemi i pustą paką – oraz oczywiście sztywną tylną osią. Zjawisko wyjaśniono mi z wykorzystaniem takich długich i trudnych do wymówienia określeń, jak „wyważenie polarne” oraz „zaburzenie polarności”. Kto ma wiedzieć, ten wie… W każdym razie okazuje się, że wystarczy tak niewielkie dociążenie przodu, by kompletnie zniszczyć pracę fenomenalnych konstruktorów. Najwyraźniej więc oba te bagażniki służą wyłącznie do przewożenia specjalnie wyprodukowanych, kewlarowych lub karbonowych bagaży. Pustych. Wszystko jedno, ile ważysz ty czy twój plus 1 – bo jesteście w centrum, przy samiutkim środku ciężkości i osi obrotu pionowego. A jak gdzieś chcesz się wybrać na urlop, możesz ze sobą zabrać tylko kartę kredytową.

 

Wielkie dzięki za sesję zdjęciową dla Tomka Dąbrowskiego z CarTurismo.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.