Nowy standard testowy emisji spalin WLTP

Avatar Maciek Pertynski | 01/07/2017 77 Views 0 Likes 5 On 1 Rating

77 Views 5 On 1 Rating Rate it

A czy Ty już się zahomologowałeś?

Maciej Pertyński

 

Od września 2017 producentów samochodów zacznie obowiązywać nowa procedura testowa dla celów homologacyjnych wielkości emisji spalin: WLTP (World Harmonized Light Vehicle Test Procedure). Właśnie na przykładach zobaczyłem, jakie są jej skutki…

 

Założenia są naprawdę dobre – chodzi o stworzenie wzoru testu, którego wyniki będą bliskie rzeczywistemu zapotrzebowaniu samochodu na paliwo oraz rzeczywistej emisji spalin – głównie CO2, powiązanej przecież matematycznie bezpośrednią relacją ze zużyciem paliwa. Tak więc dane uzyskane z tego testu będą na tyle podobne do rzeczywistych rezultatów oczywistych dla każdego kierowcy, by skończyły się narzekania klientów, że dostają produkt o zupełnie innych cechach niż obiecane. I super! Tym bardziej że wśród wytycznych WLTP jest i taka, że każdy model musi mieć stwierdzone testowo dane dla każdej wersji. Silnik, skrzynia biegów, wyposażenie – to wszystko wpływa na opory toczenia, masę, a więc i spalanie.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ta paskudna rzeczywistość, która nie chce się poddać wymysłom biurokratów…

Zostałem właśnie zaproszony przez BMW do Monachium na sympozjum na temat tego, jak sprawnie i szybko ta wielka marka przygotowuje się do spełnienia nowych norm i nowych procedur. Dwóch znakomitych fachowców, inżynierów, przez dwie godziny pokazywało mi i tłumaczyło na bazie wykresów i innych materiałów poglądowych, gdzie jest NEDC (obecnie obowiązująca procedura testowania spalania i emisji, tak bardzo krytykowana przez użytkowników aut za brak jakiegokolwiek związku z realiami), a gdzie nowa WLTP, co jest pomiędzy nimi i jak się mają do siebie. Byłem pod wrażeniem. Naprawdę. BMW wykonało fenomenalną pracę, faktycznie zdołało przygotować całą operację w najdrobniejszych szczegółach i kiedy nowa norma wejdzie w życie, klienci (i oczywiście władze, które wymagają danych, a te rozciągają się od Unii Europejskiej poprzez Turcję i Indie aż po Australię, a zaraz dołączą inne regiony i kraje) dostaną wszystkie informacje, jakich wymaga nowy globalny standard.

Ale z tego wspaniałego wykładu wyciągnąłem zupełnie inne wnioski. Że BMW – prezentując to wszystko z aż porażającą, iście niemiecką precyzją i legalizmem, w atmosferze totalnej powagi i starannego, skrupulatnego stosowania się do przepisów – nie zdołałoby lepiej wyśmiać nowej normy, nawet gdyby wynajęło najlepszych satyryków i potraktowało WLTP niczym Pythoni „maszynę, która robi ping”.

Bo WLTP jest największą biurokratyczną wtopą i idiotyzmem, na skalę kosmiczną.

Bo de facto przepisy wykonawcze wymagają oddzielnej homologacji dla każdego – uwaga! – egzemplarza samochodu. No, chyba że dwa lub kilka egzemplarzy jest tip-top identycznych, wliczając w to nie tylko wyposażenie co do ostatniego elementu i akcesorium, ale i opony (rozmiar i model). Bo – uwaga ponownie! – WLTP wymaga, by testowi poddano samochód z każdym elementem wyposażenia (seryjnego lub opcjonalnego czy akcesoryjnego), który może mieć wpływ na zużycie paliwa i emisję spalin. Nie tylko z jakim jest silnikiem i z jaką skrzynią biegów czy też na jakim rozmiarze opon.

Efekt jest bardzo prosty. Nowoczesne auto ma przecież setki i tysiące części, które po zamontowaniu na karoserii lub pod nią, wpływają na sposób, w jaki opływa je powietrze. Auto z zawieszeniem pneumatycznym ma miechy zamiast sprężyn i amortyzatorów, a te stawiają inny opór powietrzu. Auto z owiewką nad tylną szybą lub dyfuzorem pod tylnym zderzakiem ma inną charakterystykę aerodynamiczną niż bez tych elementów. Albo jeśli rury wydechowe są wyprowadzone pośrodku tylnego pasa lub z boku. I każdy z tych wariantów musi być oddzielnie sprawdzony – a więc i homologowany. Bo producent musi podać w materiałach homologacyjnych wartości od-do. Ile zużywa i emituje samochód w wariancie zapewniającym najniższe wartości i ile w wariancie dającym najwyższe wartości. A nie ma mowy o zgadywaniu czy aproksymacji. Jeśli w ofercie producenta jest jakaś część, jakiś wzór felgi, jakaś odmiana bagażnika dachowego czy spoilera, to producent musi dostarczyć dane dla auta tak wyposażonego. Każdego auta. Z każdym silnikiem. Każdą skrzynią biegów. Na każdych dostępnych oponach. A może i z każdym lakierem – bo cholera wie, czy opływowość auta nie zmienia się, jeśli zamiast lakieru bazowego ma na karoserii metalic, mikę czy perłę, o matowym „frozen” nie wspominając.

Nie dziwi więc kwota, jaką prelegenci podali jako ogólny koszt implementacji WLTP przez BMW: 50 mln euro w sprzęcie i 150 mln euro w robociźnie. Oczywiście, wszystko to na końcu zapłacą klienci, i to nie tylko klienci bawarskiej marki, ale i każdej innej, bo wszyscy muszą to zrobić.

Ale i to nie koniec. Bo przecież jak już klient kupi auto, to je użytkuje. I np. wcale nie kwapi się zwykle, by z każdą duperelą lecieć do serwisu fabrycznego producenta swego auta. By np. wymienić opony (nie tylko zima-lato, ale stare-nowe) czy choćby wycieraczki przedniej szyby. A przecież jest x firm produkujących takie rzeczy, takie akcesoria. I każde takie akcesorium – nawet właśnie wycieraczka, która może mieć inny kształt, owiewkę czy wręcz spoiler, system zraszania itp. – może mieć, a nawet na pewno ma wpływ na opływ powietrza, opory toczenia czy masę auta.

A więc – 200 mln euro nie dziwi. W BMW. A co powiedzieć o producentach akcesoriów? Sami będą homologowali swe produkty dla każdego auta? każda wycieraczka, jaką nabywamy na stacji paliw – Valeo, Bosch, Hella, wszystko jedno – pasuje do co najmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu modeli aut. A każdy model auta może występować w kilku-kilkunastu-kilkudziesięciu wariantach specyfikacyjnych. I co, Valeo, Bosch czy Hella mają same (lub we współpracy z producentami tych samochodów, dla których produkują swe akcesoria) podawać informacje o wpływie na spalanie i emisję dla każdego swego produktu, zastosowanego w każdym aucie, do którego pasuje? Serio?!

Ale przecież nie samymi silnikami, aerodynamiką, oponami czy akcesoriami auto się różni od drugiego auta. Bo są przecież jeszcze kierowcy i pasażerowie. A w takim razie czy ja potrzebuję pojedynczej homologacji na swe 100 kg masy własnej, czy może oddzielną dostanę na czas po wizycie u mojej Mamy, która genialnie gotuje i demonstracyjnie wpada w depresję, jeśli odmawiam zjedzenia tego wszystkiego, co przygotowała na moją wizytę? A może i odwrotne do jedzenia czynności powinny się wiązać z homologacją masy? I tak będzie z każdym, kogo zabieram do samochodu? I w takim razie trzeba znów zmieniać homologację, jeśli się przesiądę za kierownicą z Najlepszą z Żon, bo inny rozkład masy to inne parametry auta!

Ludzie, takie idiotyzmy potrafią wymyślać tylko naprawdę urodzeni biurokraci, którzy nie potrzebują żadnej porady od specjalistów w danej dziedzinie, bo i tak wiedzą lepiej („z zawodu są dyrektorami”)!

A wiecie, co jest najgorsze? Że to wszystko efekt narzekań tzw. przeciętnego klienta, że dane z cennika samochodu są nie do uzyskania w prawdziwym życiu. No to teraz zapłacimy za te narzekania…


77 Views 5 On 1 Rating Rate it

Search
Watch Later
Share on facebook
Share on twitter
Share on googleplus
Share on pinterest
Share on facebook
Share on twitter
Share on googleplus
Share on pinterest
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later
Watch later