MINI Paceman Cooper D

Z samochodami MINI mam problem od chwili, gdy BMW w 2001 r. wskrzesiło markę i obwieściło, że teraz to pojazdy premium. Bez najmniejszych wątpliwości pierwsze w historii bawarskiego koncernu auto z napędem na przednie koła prowadziło się rewelacyjnie, ale z tym premium to już nie było tak dobrze. To znaczy – jasne, proweniencja znakomita (BMW), tradycja wspaniała (zarówno ze strony niemieckiej, jak i angielskiej), design rewelacyjny, silniki, przeniesienie napędu i zawieszenie – bajka. No i oczywiście cena też była premium.

Właśnie. Jak wsiadasz do samochodu premium, to musisz wszystkimi zmysłami czuć, że wiesz, na co wydałeś pieniądze. A w MINI nie było z tym dobrze. Materiały, z których wykonano wnętrze, były delikatnie mówiąc, tanie. Gdzie tu premium – myślałem sobie za każdym razem, jadąc kolejną fantastycznie zaprojektowaną i genialnie prowadzącą się odmianą MINI. Ale nawet z myśleniem bywały problemy, bo fatalne plastiki za głośno skrzypiały, żeby słyszeć własne myśli. A w Pacemanie, którym właśnie jeździłem – czymś w rodzaju MINI-SUV-coupe – dodatkowo drażniła mnie kiepska pozycja za kierownicą. To naprawdę frustrujące, gdy jedziesz autem o po prostu wymarzonej charakterystyce jezdnej, zwinnym jak łasica, szybkim jak myśl, reagującym na twoje ruchy tak spontanicznie, jakby z góry wiedziało, co zechcesz zrobić – a jednocześnie całą frajdę psuje ci otaczające cię morze tandety. Pięknie ukształtowanej, niebywale oryginalnej w formie, ale tandety.

Ale nadzieja umiera ostatnia. Może jednak coś się zmieni. W nowym MINI, które niedługo wchodzi na rynek, wnętrze jest naprawdę bardzo dobre. Tak dobre, że nawet zaczęło mi chodzić po głowie, żeby sobie sprawić MINI. Nie, nie w wersji Paceman, bo ze swym podniesionym nadwoziem jest zbyt dziwaczny jak na mnie, ale MINI. To zwykłe, które zwą Coupe. No i koniecznie Coopera S.

Luty 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.