Opel Mokka 1.4 AWD

Wielkie i ciężkie auto, mały silnik, wysoka cena: mieszanka dająca sporo frajdy.
Naprawdę zaskakujące: Testowałem Mokkę dwa razy, bo za pierwszym zabrakło jej w którymś komputerze wolnych elektronów albo nie byłem w jej typie. A za drugim byłem już w trakcie testu jej bliźniaka, Chevroleta Traxa. Zupełnym przypadkiem miałem więc dwa identyczne samochody…

Identyczne? W życiu! Opel mnie naprawdę mile zaskoczył. Przede wszystkim cholernie wysoką jakością: auto po niemal 20 tys. km „w służbie narodu”, czyli w parku prasowym, czyli katowane do nieprzytomności, nie wykazuje ani śladu zużycia, nic nie skrzypi i nie trzeszczy. A w dodatku wykończenie kabiny jest na bardzo wysokim poziomie, zarówno w sensie materiałów, jak i spasowania. Cieszy również sensowny układ kokpitu (lepszy niż u „brata”) i bardziej intuicyjna obsługa (mimo nadmiaru przycisków w jednym miejscu, czyli na konsoli środkowej). Nie pasuje do tego opisu tylko wyświetlacz między zegarami, który od stosowanych w pierwszych Vectrach różni się tylko kolorem (czerwony zamiast żółtego). Za to potrafi pokazać, że przekraczam dozwoloną prędkość lub że zjeżdżam z pasa ruchu.

Poza tym – dobre audio, całkiem niezły komfort jazdy, mnóstwo miejsca w kabinie i sporo w bagażniku i to dziwne wrażenie, które niektórzy (niektóre) tak lubią, że na innych patrzymy z góry. Nie żebym się rwał do wydania tylu pieniędzy na taki samochód, ale przyznam, że stanowił jedno z milszych zaskoczeń ostatnich czasów.

Lipiec 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.