Koreańskie porządki

Sportage to już marka sama w sobie – poprzedni model zdobył tak wielką popularność, że konieczne stało się wprowadzenie do normalnej, szerokiej sprzedaży tzw. specyfikacji marketingowej, czyli auta w wersji istniejącej w założeniu tylko w cennikach. Wariantu gwarantującego „efekt uau” na pierwszy rzut oka skierowanego na cennik. Bo nie oszukujmy się, klienci tacy już są: zerkają na rubrykę „cena od…” i już wyrabiają sobie zdanie o produkcie. W tym przypadku jednak chodziło o to, że mnóstwo ludzi chciało mieć tak atrakcyjny wizualnie i funkcjonalnie samochód, bez konieczności dopłacania za wszystko, co nowoczesne. Nie do końca na tym polega postęp, ale handel – na pewno. Liczyło się „Mam Sportage’a!” ze strony klienta, a ze strony dealera czy importera „sprzedaliśmy o x% więcej samochodów”. Swoją drogą, kto by pomyślał, że koreański produkt marki, która wcale nie tak niedawno była synonimem tandety i taniochy, uzyska taką pozycję rynkową, że klienci będą gotowi kosztem ogromnych czasami wyrzeczeń i rezygnacji sięgać po bazową specyfikację, byle tylko mieć taki model auta! Trudno nie bić brawa Koreańczykom.

Nowa Kia Sportage z pewnością także będzie wywoływać taki „efekt uau”, ale w nieco inny sposób. Bo jest nie tylko bardzo atrakcyjna (z zewnątrz nie jest to na pewno auto na każdy gust, ja wolę jej „niejednojajowego bliźniaka”, Hyundaia Tucsona, ale i Kię uważam za niezwykle udany design – szczególnie w kokpicie, gdzie krewniaka z koncernu bije na głowę), ale i cholernie nowoczesna i dopracowana. Estetyczna, bardzo starannie wykonana, wykończona dobrej – a miejscami wręcz bardzo dobrej – jakości materiałami, także od strony ergonomii anatomicznej i funkcjonalnej niewiele można jej zarzucić. Zasadniczo pod względem funkcjonalnym jest wręcz znakomicie, jeszcze lepiej niż w bardzo dobrym Tucsonie (i designersko, i intuicyjnie) – choć oba te modele, podobnie jak to ma miejsce w Kii Optimie oraz Hyundaiu i40, stawiają kierowcę modeli z manualnymi skrzyniami biegów przed sporym wyzwaniem związanym ze zbyt wielkim skokiem pedału sprzęgła oraz niewłaściwie ustawioną (zbyt przesuniętą do tyłu i pochyloną w przód) dźwignią zmiany biegów o za dużym skoku.

Ale to naprawdę jedyny problem użytkowy, jaki zdołałem znaleźć w tych samochodach – a umówmy się, to, co o tym piszę, to wynik znanego faktu, że „wszyscy dziennikarze motoryzacyjni mają przewrócone w głowach”, w rzeczywistości nie jest to kłopot, który naprawdę przeszkadza (np. w Nissanie Qashqaiu znajdziemy identyczny problem, ale w na o wiele większą skalę). A po drugie, można przecież zawsze sięgnąć po wersję z automatyczną skrzynią biegów. Fakt, że tylko do topowych wersji silnikowych (odpowiednio do benzynowej 1.6 turbo – 7-stopniowa dwusprzęgłowa i do 185-konnego turbodiesla – 6-stopniowy automat klasyczny), ale jednak. Przy okazji – w przypadku topowej benzyny o mocy 177 KM automat 7DCT ma o wiele więcej sensu, bo pozwala lepiej wykorzystać możliwości i charakterystykę silnika, w manualu różnice między przełożeniami są nieco za duże i zdarza się, że po zmianie biegu obroty spadają poniżej doładowania i wysokiego momentu obrotowego. W efekcie z automatem jeździ się i o wiele płynniej, i dynamiczniej, i… oszczędniej. W przypadku automatu w dieslu mamy do czynienia po prostu z zespołem napędowym na poziomie może jeszcze nie najlepszych na rynku, ale niewiele poniżej. Więc naprawdę warto.

Pozostałe jednostki napędowe są w zupełności satysfakcjonujące, choć bazowy silnik benzynowy… OK, spuśćmy zasłonę milczenia. Jest bazowy, tani i jest, wystarczy?

Napęd na 4 koła nie jest tu oczywiście do niczego potrzebny, choć zawsze może się przydać. Jego sprawność w niczym nie odbiega od europejskich czy japońskich odpowiedników – dołączany na elektroniczny sposób napęd na koła tylne przydaje się, gdy mamy problem z ruszeniem na śliskiej nawierzchni – i tyle. Ale jest dostępny i – jak to napisałem powyżej – tak samo wart swej ceny, jak u rywali. Mądrej głowie dość dwie słowie… Kolejne brawa dla Koreańczyków.

Wybrednym klientom Kia oferuje niezwykle obficie wyposażone wersje, już od drugiego poziomu właściwie dostajemy wszystko, a w dwóch topowych jeszcze kilka rzeczy, które doskonale podbijają bębenka i podbudowują ego. Nawet jednak jeśli zdecydujemy się na bazową specyfikację, i tak nie ma na co narzekać, jako że nawet podstawowy Sportage ma i pełną „elektrykę”, i klimatyzację, i nawet zestaw bluetooth.

A tak w ogóle to jest bardzo miłe w prowadzeniu auto. Co prawda nie należy się tu spodziewać dynamiki Porsche Macana, ale stabilne, spokojne zachowania i całkiem wysoki komfort (choć resorowanie jest raczej jędrne) oraz neutralne prowadzenie to w zupełności zadowalający obraz. Szczególnie że układ kierowniczy jest mile precyzyjny, nawet jeśli jego komunikatywność (tzw. feedback) pozostawia sporo do życzenia. Za to same pochwały należą się za duże, dobrze wyprofilowane fotele i zaskakująco dobre wyciszenie kabiny. Kabiny, dodam, wyposażonej nowocześnie pod względem zarówno ochrony zderzeniowej, jak i multimediów.

Generalnie trudno podsumować to auto inaczej niż stwierdzając, że Koreańczycy są zaledwie o krok od osiągnięcia pozycji jednego z najważniejszych graczy w Europie. Z chęcią im w tym kibicuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.