Tekst oryginalnie zamieszczony w nieistniejącym już medium, stąd pozbawiony oprawy zdjęciowej.

 

Kia Sorento 2015 [tytuł] Rzadko na moich wargach… [lead] Przepraszam za ten cytat z wiersza Kasprowicza, ale samo mi się to na… wargi ciśnie: bardzo, bardzo rzadko mam do powiedzenia tyle dobrego na temat SUV-a. Bo SUV-ów nie lubię i nie szanuję. No, są może ze cztery wyjątki – w tym teraz i Kia Sorento `2015. [tekst główny] Nie lubię SUV-ów, bo SUV-y to oszukaństwo. Ich twórcy nałogowo powołują się na absolutną wszechstronność szosowo-terenową, na perfekcyjną funkcjonalność rodzinno-wakacyjną jak w vanie, a na okrasę dorzucają rzekomy sportowy charakter. No i co najmniej 8 na 10 SUV-ów to wg ich producentów samochody o najwyższej jakości – chciałoby się napisać, że odmieniają słowo „premium” przez wszystkie przypadki, tyle że jest słowem nieodmiennym. A wszystko to blaga. Ściema, że sięgnę po popularne określenie. Jasne, jest taki SUV, który potrafi jeździć znakomicie w terenie i po szosie. Nie napiszę, jak się nazywa to auto z Zuffenhausen, bo nie miejsce na reklamowanie tego turbo-mastodonta – ale tak czy inaczej umówmy się, jedna jaskółka wiosny nie czyni. A jest taka tylko jedna. Niewiarygodnie droga, bo żeby nagiąć fizykę do tego stopnia, trzeba sięgnąć po najcięższą artylerię techniczną. Najcięższą dosłownie – bo technika takiego kalibru po prostu mnóstwo waży. A wysoka cena natychmiast likwiduje wszelką „rodzinność”. „Wakacyjność” zresztą też jest tu bardzo dyskusyjna, bo żeby przeszło dwie tony poruszały się sportowo, wymagają góry koni mechanicznych – a te trzeba karmić. I wakacyjny wypad ma przerwy co najdalej 300 km na tankowanie. Wszystkie inne SUV-y mają również ogromne braki w tym etosie opiewanym przez ich twórców. Bo żeby były rodzinnie przystępne, nie mogą być ani sportowe, ani terenowe, ani premium. W efekcie SUV-y są po prostu takie… letnie. Ani gorące, porywające, ani zimne i do niczego. Pod względem funkcjonalności rodzinno-wakacyjnej są jak auta kombi i tyle. No, OK, mają zwykle (ale wcale nie koniecznie!) większy prześwit i mogą mieć napęd na 4 koła – broń boże nie terenowy, a po prostu taki, jaki dziś można znaleźć w każdym typie samochodu, ze sportowymi włącznie. Nowa Kia Sorento jest w tym kontekście inna od reszty SUV-ów. Po pierwsze, żaden z materiałów na jej temat nie wspomina o sporcie ani pokonywaniu bezdroży. Mówi się o imponujących rozmiarach, wszechobecnym wrażeniu solidności, wysokiej jakości i funkcjonalności. Już przez to trochę polubiłem Sorento, że nikt mi nic nie wmawiał. Potem, gdy dowiedziałem się o jej seryjnej specyfikacji i cenie, zareagowałem już z o wiele większym zainteresowaniem. A potem zobaczyłem ją na żywo i… Uwaga, będzie kolejny cytat, tym razem z filmu „Django”: „Panowie, dotąd byłem tylko zaciekawiony – ale teraz poświęcam Wam cała uwagę”. Bo jest powód. A nawet bardzo wiele powodów. Otóż nowa Kia Sorento jest po prostu świetnie wyposażona, dobrze wyceniona i wykończona na poziomie, jakiego z pewnością nikt by się nie spodziewał po koreańskim samochodzie. Prawdę mówiąc, taki poziom wykonania i wykończenia, kojarzy mi się jednoznacznie z najwyżej aspirującymi produktami europejskimi. Nie chcę sięgać po słowo-klucz „premium”, ale rzeczywiście takie asocjacje budzą się natychmiast. Kabina jest zrobiona wręcz z pietyzmem. Nie, nie jest to na pewno absurdalnie, ponadmotoryzacyjnie wyśrubowany poziom Lexusa, najlepszego dziś wśród europejskich producentów premium (cholera!) Audi Q5, drugiego po nim Volvo XC60 też jeszcze nie. Ale (uwaga! będzie straszna herezja – przynajmniej na pierwszy rzut oka) sądzę, że porównanie z BMW X3 lub Mercedesem GLK nowy SUV Kii by wytrzymał. Materiałowo w ogromnej większości na pewno, zaś pod względem spasowania i staranności – wielu mogło by się zdziwić. Dodam jeszcze, że w konstrukcji nadwozia zajęto się niby drobiazgiem, ale bardzo uciążliwym dla użytkowników takich aut: kwestią brudzenia odzieży na łydkach. Bo wysiadając z tak wysokiego samochodu, nie można nie przesunąć tylną stroną podudzi po progu auta, zwykle nawet w czystym samochodzie już przykurzonego. Kia Sorento ma drzwi obejmujące próg, więc próg pozostaje czysty. A skoro już jesteśmy przy drzwiach – to niesamowite, jak je wykonano, jak wyregulowano: można je zamknąć z przyłożenia, naciskając dwoma palcami! A jeśli już nimi trzaskamy, wydają głęboki, suty dźwięk „ploff”. Tu po prostu słychać wysoką jakość. Także w tym sensie, że podczas jazdy – gdy jako znany „czepialski” wsłuchiwałem się w auto, polując na jakiekolwiek trzeszczenie czy pisk – poza odgłosami odsilnikowymi wyłapałem tylko leciutkie skrzypienie po prawej stronie swojego fotela. Okazało się, że to skóra tapicerki dotyka plastiku konsoli środkowej. Czapki z głów! Już sama ta konstatacja jest potężnym szokiem, na który przygotować się musi każdy, kto po raz pierwszy będzie mieć do czynienia z Sorento A.D. 2015. Ale dalej jest już tylko gorzej. Bo zarówno design kokpitu, jak jego ergonomia anatomiczna i funkcjonalna są znakomite. Jasne, nie każdemu się muszą podobać akurat takie zegary, akurat taka kierownica. Ale są bezdyskusyjnie znakomite jakościowo i użytkowo, perfekcyjnie, sterylnie estetyczne i logiczne. Momentami bardziej nawet niż w niemieckich produktach. Projektanci przewidzieli możliwość dostosowania wnętrza do potrzeb praktycznie każdej budowy kierowcy – do ideału brakuje regulacji położenia pedałów, ale poza tym nie mam zastrzeżeń. Zakres regulacji fotela i kierownicy są wielkie, pozycja za kierownicą bardzo dobra (oczywiście, jak na SUV-a…), fotel wygodny. Widoczność w kokpicie znakomita, do przodu dobra, na boki znośna, a do tyłu… bardzo dobra, bo kamera cofania jest wyposażeniem seryjnym. Podobnie zresztą jak nawigacja, dwustrefowa automatyczna klimatyzacja, napęd na 4 koła, 185-konny turbodiesel, automatyczna skrzynia biegów i 7-miejscowa kabina z ogromnym bagażnikiem. A skoro już przy tym jesteśmy, to od najniższej wersji najtańszego wariantu mamy tu skórzane wykończenie kierownicy i lewarka biegów, tempomat, automatyczne światła i wycieraczki, automatycznie ściemniające się lusterko wsteczne, czujniki ciśnienia w oponach, dobre audio z łączem Bluetooth dla telefonu i streamingu muzyki – a i to jeszcze nie koniec. Jak widać – siedzi się tu w bardzo miłym otoczeniu, z poczuciem, że producent nie próbuje na nas oszczędzać. Z przodu miejsca jest wręcz mnóstwo, także w drugim rzędzie nie ma żadnych powodów do narzekania. Kanapa – niestety, tylko dwudzielna (40:60) i z wyraźnym przeznaczeniem dla dwojga pasażerów (środkowe miejsce – tylko na krótko lub awaryjnie) – jest wygodna, łatwo ją też złożyć do zupełnie płaskiej podłogi. W standardzie jest i trzeci rząd siedzeń, chowanych w podłodze, które same w sobie są całkiem niezgorsze, a od biedy pomieszczą i dorosłych – jeśli ci w drugim rzędzie się trochę poświęcą i przesuną kanapę do przodu. Regulacja jest bardzo duża, więc da się. A jeśli nie używamy fotelików 3. rzędu, mamy do dyspozycji bardzo duży bagażnik: 605 l, maksymalnie 1662 l. Plus schowek pod podłogą na drobniejsze przedmioty. Razem: funkcjonalność z pewnością nie sięga najlepszych vanów, ale do najlepszych kombi brakuje już naprawdę niewiele: te mają trójdzielne kanapy tylne i składane oparcie fotela pasażera z przodu. Podsumowując, nie ma się do czego przyczepić. A pamiętając o bogatym wyposażeniu, wręcz przyczepić się nie wypada. Automatyczna skrzynia biegów – przypomnę, bo to ważne: seryjna! jest sześciobiegowa, ale Kia ma już przekładnię 8-stopniową, która się doskonale spisuje w topowej limuzynie K900. Ta w Sorento to ta sama konstrukcja, co w sedanie średniej klasy Optima, ale zupełnie inaczej się zachowuje. Zmieniono jej oprogramowanie, przez co jest o wiele szybsza, sprawniejsza, bardziej spontaniczna. I naprawdę się zmienia po włączeniu trybu Sport… Nadal co prawda pozwala na zbyt duży uślizg przekładni hydrokinetycznej na pierwszych dwóch biegach, ale tu się już czepiam. Mało kto to zauważy. Jest naprawdę bardzo dobrze – szczególnie, że dwulitrowy turbodiesel o mocy 185 KM i 402 Nm okazuje się w pełni wystarczającym napędem, by duża i jednak dość ciężka Kia (1,8 t) nigdy i nigdzie nie była zawalidrogą. W trybie Sport jest wręcz zaskakująco szybka i zrywna. Owszem, najlepsi rywale mają oszczędniejsze silniki, ale po pierwsze, mówimy o różnicach rzędu 9 a 8 l/100 km (a więc wystarczy inny sposób jazdy, by je zniwelować), a po drugie, chodzi tylko o najlepszych rywali. Np. Francuzi i Japończycy czy Włosi się tu nie zaliczają, przed nimi Kia nie ma się czego wstydzić w dziedzinie i osiągów, i spalania. Napęd na 4 koła nie jest off-roadowy, ale nie ma taki być. Ma zapewnić bezpieczną trakcję we wszelkich warunkach pogodowych i ułatwić ciągnięcie przyczepy. I taki jest: sprawny. Układ jezdny jest – nie znajduję lepszego określenia – akurat. Nie za twardy i nie za miękki, choć samo tłumienie większych nierówności mogłoby być sprawniejsze, a przede wszystkim cichsze. Niemniej i tu się czepiam, szukam na siłę czegoś, by pokazać, że się staram. Zdecydowanie za lekko pracuje układ kierowniczy, choć czucie jezdni jest raczej w porządku. Przełożenie jest optymalne, samochód jest całkiem zwrotny i zwinny jak na swoje naprawdę imponujące gabaryty, w normalnej, nawet dość dynamicznej jeździe wszystko jest pod pełną kontrolą. Z pewnością nie jest to jednak auto sportowe – zaprogramowana podsterowność wymusza przede wszystkim bezpieczeństwo, co ma zarówno najwięcej sensu, jak i uzasadnienie formalne: po co inaczej w tej klasie? Tym bardziej że prowadzenie nawet przy dużych szybkościach jest naprawdę dobre, zdecydowanie lepsze niż „poprawne”, po prostu bezpieczne. A bezpieczeństwo najwyraźniej dla twórców Sorento było bardzo ważne: dostępne są w tym modelu nowoczesne systemy wsparcia kierowcy, a np. system stabilizowania przyczepy (Kia może holować 2000 kg) to wyposażenie standardowe. Biorąc to wszystko pod uwagę, cenę bazową na poziomie 145 000 zł należy uznać za bardzo sensowną. A samochód – za w pełni wart swojej ceny. I mówię to jako osobnik niechętny SUV-om.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.