Ferrari 488 GTB

Udręka i ekstaza

To był tytuł wielkiej książki Irvinga Stone’a, opisującej życie i cierpienie Michała Anioła Buonarottiego. Z pełną premedytacją ukradłem go i wykorzystuję jako motto tego testu – bo ten test przyniósł mi zarazem ekstazę, jak i cierpienie. Ale po kolei.

To pierwszy raz, kiedy dostąpiłem zaszczytu prowadzenia auta marki Ferrari. Jakoś się nie składało – arogancja jej przedstawicieli od wielu lat jest słynna wśród dziennikarzy. Do testów dostają samochody tylko ulubieńcy, nie ma co wierzyć w przełożenie na nakłady wydawnicze czy tzw. indywidualne wizyty na stronie. Więc tak, ulubieńcy. Mejle czy telefony od innych nie mają szans na odpowiedź. Więc trudno – nie to nie. Ale oczywiście, gdyby się trafiła okazja…

Trafiła się. Bo okazało się, że współpracujący ze mną w wolnych chwilach (a ma ich bardzo mało) znakomity fotograf, Tomek Dąbrowski (carturismo.pl), ma po prostu kolegę, który jeździ na co dzień Ferrari. Po prostu. Stać go, to jeździ. Chwała mu, że umie zarabiać i pozwala zarabiać innym. A że spełnia swoje fanaberie? Przecież to też oznacza, że ktoś dzięki niemu zarabia! (przy okazji: bardzo polecam takie podejście do sukcesów zawodowych innych ludzi – nie musicie ich kochać czy podziwiać, wystarczy szacunek)

No i tenże kolega, który – jak się okazało przypadkiem – obejrzał kilka moich filmów i zapragnął mnie poznać, poznawszy – postanowił mnie wpuścić za kierownicę jako osobę, której można zawierzyć takie cacko i kilka tajemnic na jego temat. Których z chęcią wysłuchałem i które wplotłem w ględzonkę.

Jazda, choć mnie przepełniała ogromna trema, boć to okoliczność z oberikoną, dostarczyła mi nieopisanych doznań, które najłatwiej zgarnąć pod wspólne określenie „ekstaza”. Bo Ferrari 488 GTB jest autem sportowym doskonałym. Nie idealnym, bo nie miało spełniać wszystkich marzeń, a doskonałym w sensie technicznym, jako realizacja idei samochodu sportowego. Genialnym technicznie, mechanicznie, a także – co zwykle za nic nie da się skojarzyć z Włochami – elektronicznie, a nawet jakościowo. Wszystko jest tu dokładnie takie, jakie powinno być w jednym z najbardziej ekskluzywnych pojazdów świata. Wspaniałe i spokojne prowadzenie, które na życzenie może się zmienić we wspaniale dzikie. Boski silnik, który mimo kompletnie nietypowej dla drogowych aut marki budowy – podwójne turbodoładowanie! – okazuje się równie znakomity (a może i jeszcze lepszy) niż w najbardziej doświadczonych w tej dziedzinie markach. Bez śladu dziury turbinowej, ciągnie od najniższych obrotów, by zacząć odcinać paliwo dopiero około 9000/min. Połączono go z dwusprzęgłową skrzynią automatyczną o 7 przełożeniach, która zmienia biegi w czasie rzeczywistym (widać to wielokrotnie na filmie), i to w obie strony równie szybko. W dodatku, co w tak wyczynowym zespole napędowym kompletnie niespotykane, w trybie automatycznym jest w pełni użyteczna w normalnym miejskim użytkowaniu!

Zawieszenie jest szokiem: twarde, sportowe, ale zarazem komfortowe – a więc zupełnie jak w wychwalanym właśnie za zdolność do tworzenia takich połączeń Porsche. Bez najmniejszych problemów można takim Ferrari jeździć na co dzień, a nawet parkować w trudnych miejscach, bo prześwit pod przednią osią można elektronicznie zwiększyć tak, by wjechanie na nawet wysoki krawężnik nie stanowiło wyzwania. Zdziwniej i zdziwniej, jak mówiła Alicja w Krainie Czarów!

W dodatku nawet po przełączeniu silnika, skrzyni i wydechu w tryb Race, w kabinie wciąż poziom hałasu jest całkowicie do wytrzymania – tylko brzmienie się zmienia. Ale na takie, które stawia na sztorc włosy na karku. Bo ten silnik to prawdziwe zwierzę. Obłęd!

Ekstatycznym doznaniom towarzyszył niestety spleen przynoszący udrękę. Bo przecież to już ostatnie podrygi prawdziwej motoryzacji. Zastępują ją realizacje niezbornych i nielogicznych przepisów, w wyniku których wymusza się tworzenie niewiarygodnie wysilonych napędów, które będą albo nietrwałe, albo w wyniku wykorzystywania pełnego ich potencjału do nawet niewinnych harców dynamicznych, zużywają ogromne ilości paliwa, niemające nic wspólnego z obietnicami.

Eh…

Na szczęście jeszcze sporo nas dzieli od dnia, w którym i Ferrari zrobi samochód napędzany 3-cylindrowym silnikiem.

Mam przynajmniej taką nadzieję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.