Eco VW – eMobility 11.2013

Wygląda na to, że ewolucja tzw. ekologicznych systemów napędowych przyspieszyła gwałtownie. Na czoło twórców najciekawszych samochodów wysuwa się ostatnio Grupa VW, w której powstają modele elektryczne i hybrydowe zapewniające zarówno szokująco niskie zużycie paliwa, jak i po prostu najzwyklejszą w świecie przyjemność z prowadzenia normalnego samochodu. Normalnego, choć albo bezszelestnego – albo czasami bezszelestnego.

Testowałem cztery modele – dwa w pełni produkcyjne i dwa prototypowe, ale w fazie testowania przedprodukcyjnego. Jeden z produkcyjnych to elektryczny up!, który jest zwykłym up!-em, tyle że z niesamowitym „kopytem” zapewnianym przez potężny, 220-niutonometrowy moment obrotowy. To „zwykły” elektryczny samochód, który trzeba ładować z gniazdka. Przy zastosowaniu „szybkiej” stacji w 10 minut doładować można 70-80 proc. baterii. Dużo i szybko. Niestety, nawet w Niemczech takich stacji jest niewiele, a ładowanie ze zwykłego gniazdka trwa 6-7 godzin „do pełna”. Zasięg – rzeczywisty! – wynosi na pełnych bateriach od 120 do 160 km. Żadne szaleństwo niby, ale w porównaniu z innymi autami elektrycznymi, z jakimi miałem do czynienia (Uwaga! Nie testowałem jeszcze BMW i3!), e-up! robi wrażenie samochodu, do którego łatwo się przyzwyczaić.

Drugim autem produkcyjnym jest XL1, choć patrząc na tę kosmiczną z kształtów konstrukcję, trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie on jest najbardziej prototypowym prototypem z wszystkich prototypowych prototypów. A jednak – wchodzi do sprzedaży. Jest hybrydą, w której naprawdę sprawny eko-kierowca nie powinien mieć problemów z uzyskaniem spalania obiecywanego przez producenta, a więc PONIŻEJ 1,0 l/100 km. Ja, nie potrafiąc jeździć naprawdę eko, wykręciłem 1,3 l/100 km po mieście, i to wcale się nie starając.

XL1 to hybryda dieslowska. Ma dwucylindrową jednostkę TDI, która stanowi dopełnienie elektrycznej, zapewniającej na bateriach pokładowych zasięg ok. 50 km. Na szczęście diesel włącza się rzadko – tylko kiedy już nie ma wolnych elektronów albo gdy chcemy zmusić auto do maksymalnych przyspieszeń czy szybkiej jazdy po autostradzie. „Na szczęście”, bo ma odrażające brzmienie (jak silnik „Malucha” w fazie totalnego dezela), a nie jest w ogóle wyciszony. W efekcie pierwszy moment, gdy się uruchomi za plecami, wywołuje niemal atak paniki, że oto coś się urwało, odpadł tył samochodu alboco. A nie jest wyciszony, bo w tym samochodzie króluje „Leichtbau”. Karbon, aluminium, opony jak w rowerze, brak wspomagania, fotele o grubości centymetra itp. Okropieństwo – dla naprawdę wyjątkowo zdeklarowanych eko-fanów. Zdolnych do wyjątkowych poświęceń.

Dwa prototypy to TWIN-up! i Golf Hybrid-Plugin. Pierwszy jest up!-em wyposażonym w nieco zmodyfikowany układ napędowy z XL1, co całkiem sensownie się sprawuje. Drugi to hybryda oparta na bardzo mocnej wersji silnika 1.4 TSI (150 KM, ale 270 Nm) i niezwykle potężnym silniku elektrycznym. W efekcie NIGDY nie ma tu pod nogą mniej niż 330 Nm, od chwili startu z miejsca! No i jest to plugin, czyli auto, w którym można jeździć na benzynę, na prąd, na prąd i benzynę (z generowaniem prądu przez silnik spalinowy) i na sam prąd z gniazdka, przez doładowania na postojach. Jedyną wadą tego zupełnie poza tym normalnego Golfa jest bardzo wysoka masa – ponad 1500 kg.

Eko zaczyna się robić ciekawe. Choć nadal będę się upierał, że nie ma jak duży silnik spalinowy. No, chyba że wreszcie wymyślimy technologię przechowywania wodoru (na razie umie uciec z najszczelniejszych zbiorników) i zaczniemy na szeroką skalę produkować go za darmo słonecznymi ogniwami na Saharze.

Listopad 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.