Mercedes CLS 500 Shooting Brake 4Matic

Mercedes CLS, gdy go wypuszczono na rynek w 2004 r., rzucił na kolana wszystkich, którzy twierdzili, że od tej marki można się spodziewać tylko dostojnych lub zupełnie nieudanych aut dla kapeluszników w wieku emerytalnym. CLS był objawieniem. Cudem.

Kiedy przed CLS-em odsunęła się brama Mercedesa, to było jakby nagle pobrużdżona zmarszczkami gniewu i obrzydzenia dla śmiertelników, surowa twarz Jahwe odchyliła się w bok niczym teatralna maska, a naprawdę Władcą Światów okazała się Rita Hayworth. Pełna wdzięku, wspaniale zbudowana, elegancka, ale o łobuzerskim uśmiechu, postawna, ale zwinna.

W roku 2010 jednak jakiś typowy Niemiec dorwał się do pięknej Rity i zmusił ją do operacji plastycznej, po której CLS już nie był Ritą Hayworth. Drugie wcielenie Mercedesa CLS było bardziej jak Marilyn.

Niestety, nie Monroe, a Manson… Ta ciężka twarz, jakby rozciągnięta pod ciężarem kilogramów makijażu, te wulgarnie wygięte usta grilla… Ciężko się wtedy obraziłem na stuttgartczyków. I jak obiecali wersję kombi, nawet kultowa nazwa Shooting Brake (coupe-kombi) nie zlikwidowała mojego focha.

Tym większe było moje zdziwienie, a potem ekstatyczna radość, gdy zobaczyłem CLS-a SB na żywo. Znikł Marilyn Manson, pojawiła się Jeanne Moreau. Dojrzała piękność, już bez śladu trzpiotowatości, za to z taką klasą, jakiej nie miała jeszcze nawet żadna S-klasa. Doczepiony z tyłu auta „plecak” równoważy ciężki przód, wygląda tak doskonale naturalnie, jakby po prostu dama nosiła włosy upięte w wysoki kok.

Piękna dama. I piękne włosy. W piękny kok.

Zakochałem się znów.

W wersji testowanej, czyli 500, a więc z 4,7-litrowym V8 biturbo, jest to istna poezja. Najwyższa kultura pracy jedwabistego silnika fenomenalnie dopełnia piorunujące wrażenie, jakie robi nadwozie. Oraz wnętrze, bo ono ma tu naprawdę wiele do powiedzenia. Niby przejęte z klasy E, ale zupełnie inne, jakieś wyrafinowane, pozwala się czuć po prostu jak w Mercedesie, ale takim… lepszym? Na pewno jak we własnym świecie, o wiele lepszym od otaczającego.

Ten samochód nie pojedzie do mojego Garażu Marzeń. Bo on tam po prostu jest. Tam się chyba urodził.

Październik 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.