Radość z…?

Mam poważny problem z tym samochodem. Bo oczywiście jest jednym z najwspanialszych pojazdów, jakie stworzono (choć nie bez wad, oj, nie! – ale o tym za chwilę), ale jako całość, suma wszystkich cech, kłóci mi się z wizją BMW, z jaką rosłem od chwili, kiedy pierwszy raz miałem do czynienia z samochodem tej marki. Dla ułatwienia, było to w roku 1974, miałem niecałe 12 lat i potężnego „kota” motoryzacyjnego, udało mi się wówczas dorwać na kilkanaście minut do kierownicy BMW 1602, takiego z pierwszego rzutu, jeszcze z kierunkowskazem po prawej stronie kierownicy (bo lewą rękę należało z fasonem trzymać za oknem). Słowo daję – nie koloryzuję teraz, opierając się na dekadach ujeżdżania najróżniejszych aut, a mówię, jak na spowiedzi: niewiele rzeczy udało mi się w życiu zrozumieć (poczuć?) tak szybko, jak sens sformułowania „sportowa limuzyna”, choć nie o tym samochodzie mówił ów slogan. Ale to było coś, co istniało od pierwszej chwili stworzenia „nowej klasy”, od roku 1962, i co po prostu wreszcie prawidłowo nazwano w 1972 wraz z nową „piątką” E12.

Zanim zostałem dziennikarzem motoryzacyjnym, zdążyłem się zakochać jeszcze w kilkunastu beemkach, w tym tak przełomowych, jak pierwsza seria 7 – „krokodyl” E23. Ona i dwie kolejne generacje były samochodami wielkimi, luksusowymi, ale ani na jotę nieodchodzącymi od tej lekkości, zwinności, smukłości, jakimi charakteryzowały się wszystkie modele BMW.

A potem przyszedł Chris Bangle. Trzeba mieć jaja, żeby nie tylko doprowadzić do wywrócenia na lewą stronę stylistyki w takiej marce, ale i do rewolucji językowej – słownikowo „bangle” to „tanie świecidełko”, coś w rodzaju „jarmarcznej bransoletki”. Ale Chris (z którym teraz się bardzo lubię, a nie było tak od początku, o nie! W pewnej chwili nawet się trzymaliśmy za klapy podczas dyskusji na temat różnic w pojmowaniu charakteru BMW…) sprawił, że w języku angielskim pojawił się czasownik „to bangle”, który zyskał znaczenie „skopać”, „zepsuć”, „zmarnować”. No, nie da się ukryć, wraz z rządami Chrisa Bangle’a w dziale ds. designu BMW skończyły się czasy lekkości sylwetek, smukłej muskularności typu lekkoatlety. Nadeszły lata ciężkich, topornych, ozdobnych aut, projektowanych wyraźnie pod pozaeuropejskie gusta. Nawiązujących do ery „barokowych aniołów”, lat 50., gdy BMW omal nie splajtowało, produkując opasłe wieloryby w cenach niezłej rezydencji.

Jasne – „nowe barokowe anioły” Bangle’a nie miały nic wspólnego z tymi pierwszymi. Bo choć były ciężkie w rysunku i drastycznie zdobne, aż napuszone, to jednak także pełne najnowocześniejszych technik i technologii, tak nowoczesnych, że BMW jednym skokiem zdeklasowało rywali, pozostających wciąż na etapie samego luksusu, najwyżej doprawionego napędem quattro. Flagowy model Chrisa Bangle’a – „siódemka” E65 – była i jest symbolem po prostu odwagi ze strony firmy, której jedna niewłaściwa decyzja image’owa mogła doprowadzić do upadku wielkiego koncernu.

Udało się, klienci to wszystko „kupili”, ale coś się na zawsze skończyło. Od chwili debiutu tego samochodu w październiku 2001 nie było już mowy o sloganowej „radości z jazdy” serią 7, bo choć wielkie BMW wciąż prowadziło się niesamowicie pewnie i stabilnie, to jednak akcent ze sportowego charakteru wyraźnie przeniesiono na luksus, na kuszenie klientów tradycyjnie związanych z Mercedesem. Kolejne wcielenia „siódemki”, choć o wiele mniej kontrowersyjne stylistycznie, konsekwentnie podążają drogą ku „radości z luksusu”. Nie inaczej najnowsza – G11.

Czas wrócić do początkowego stwierdzenia: nowa „siódemka” to bezdyskusyjnie jedno z najwspanialszych aut, jakie kiedykolwiek stworzono. Jest na niesamowitym poziomie technicznym i technologicznym, jest piękna, jest dopracowana, absurdalnie wręcz bezpieczna, hiperluksusowa i ultranowoczesna. Wykończono ją niewiarygodnie dobrymi materiałami i z pietyzmem godnym szwajcarskiego zegarmistrza. Napędzać ją mogą silniki na kosmicznym poziomie, niezależnie od wielkości, typu i mocy. Jej automatyczna 8-stopniowa skrzynia biegów to po prostu poezja. Zawieszenie pneumatyczne przenosi pasażerów w inny świat. Seryjnie jest napompowana setkami systemów podnoszących poziom komfortu, bezpieczeństwa lub dobrego samopoczucia (ja mam, a ty nie!), a doposażyć daje się w funkcje, o jakich do niedawna nikomu się nie śniło. Umie sama zaparkować. Sama ominie przeszkodę lub się przed nią zatrzyma. Reaguje na nie tylko głos kierowcy, ale i jego gesty. Ergonomia i komfort podróżowania, fotele itp. to mistrzostwo świata. Generalnie: kosmos.

A jednak… Radość z jazdy w pojęciu milionów takich jak ja, którzy się przekonali do tego poglądu, polega na tym, że prowadząc BMW, czuję się jak w samochodzie sportowym. Może sobie być luksusowy, ale przede wszystkim jest „sportową limuzyną”. Nie wystarczy, że będzie szybki.

Owszem, nowa „siódemka” jest bez dwóch zdań niesamowicie szybka. Jeździłem dwiema wersjami, 730Ld xDrive oraz 750i xDrive. Oba silniki, i 265-konny diesel R6 3.0, i 450-konny benzynowy V8 biturbo 4.4 należą do najwspanialszych konstrukcji w historii cywilizacji. Zarówno w sensie osiągów, jak kultury pracy, a nawet poziomu spalania – relatywnie (jak na ich moce i możliwości) niskiego. Niemniej to nie jest tak, że jak masz wielkie BMW z potężnym silnikiem, napędem na cztery koła i komputerem nadzorującym każdy element auta, to możesz sobie pozwolić na cholernie szybką jazdę właściwie bez najmniejszego zagrożenia bezpieczeństwa. Bo – zupełnie jak nie BMW – nowa seria 7 okazała się paskudnie podatna na boczne podmuchy wiatru, a w długiej „730d” nawet poskrzypywaniem szyby w drzwiach kierowcy dawała do zrozumienia, że zmiany ciśnienia związane z tymi podmuchami zupełnie się jej nie podobają. W dodatku pokonując szybko zakręty, nie miałem poczucia, że to ja prowadzę. Owszem, samochód jak na swe rozmiary jest niezwykle zwrotny, ale to zwrotność techniczna, nie zwinność atlety. Nie, „siódemka” nie jest już samochodem kierowcy. Dlatego długa wersja z pojedynczymi, elektrycznie sterowanymi fotelami z tyłu ma pełne uzasadnienie. To po prostu samochód dla VIP-a, który jest wożony. Szofer i tak będzie szczęśliwy, bo auto wspaniałe, ale od razu wiadomo, kto jest kto.

Tylko czy aby jest to rzeczywiście najlepsze, co można powiedzieć o BMW?…

PS. Nie dajcie się więcej wpuszczać w maliny: te „superluksusy prezesowskie” w przedłużanym nadwoziu, te rozkładane, elektryczne fotele z tyłu z podnóżkami, to wcale nie jest żadne aj-waj. Jasne, jak się ma przejechać kilkadziesiąt kilometrów, powiedzmy – godzinę, to super. Ale jeśli pasażerowie tych hipermebli zechcą się zdrzemnąć, jeśli trasa będzie dłuższa, to potrzebować będą iście kociej zdolności do dostosowywania kształtu ciała do otoczenia i zasypiania w dowolnej pozycji. W miarę wygodnie będzie tylko po pełnym rozłożeniu fotela tylnego – ale wówczas nie ma mowy, by ktokolwiek zmieścił się na przednim fotelu pasażerskim. Nawet dziecko…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.