Bywałem tu służbowo, prywatnie, przypadkowo i zamierzenie. Łącznie ze 20 razy. Uwielbiam to miasto. Jest niesamowite – nieważne, ile razy je odwiedzę, za każdym razem napotykam coś absolutnie nowego, niespodziewanego, co powoduję, że zamieram zbaraniały, usiłując pojąc coś, co ma w sobie stachurowską „całą jaskrawość”.

Jak pierwszy (i nie oszukujmy się, każdy kolejny) kontakt z wytworami chorej wyobraźni Antonia Gaudiego – który w każdym innym miejscu świata zostałby po prostu izolowany w szpitalu. A w Barcelonie pozwolono mu nie tylko na wolność, ale też wolność twórczą – i tak mocno zaangażowano się w realizację jego wizji, że nie zaprzestano tego nawet dziś, w niemal 100 lat po jego śmierci!

Albo jak gigantyczny, monumentalny, nieprawdopodobnie absurdalny na pierwszy rzut oka cmentarz na Górze Żydów przy wjeździe z południa (Montjuic).

No i jeszcze jak tzw. vella nua tatuada home (w lokalnym języku katalońskim stary wytatuowany golas) – facet w wieku około 70 lat, który przechadza się w okolicach Rambli bliżej morza. Ma zawsze na nogach klapki, a na głowie czapkę. Ale poza tym – tylko wytatuowane majty. Niebieskoczarny tatuaż pokrywa jego pośladki, krocze, genitalia… Generalnie trzeba się bardzo przyjrzeć, by stwierdzić, że jest nagi. Najczęściej zauważa się to w chwili, gdy kątem oka człowiek dostrzega, że coś w obrazie tego pana nie pasuje do reszty. Konkretnie, że wygląda jakby był gatunkiem powstałym przez skrzyżowanie człowieka może nie ze słoniem, ale z tapirem na pewno. Widać to na załączonym zdjęciu, które jest fatalnej jakości, bo zbaranienie sprawiło, że „strzeliłem spod kurtki”, nie dając Nikkorowi czasu na złapanie ostrości.

Jednak wtedy przynajmniej dałem radę w ogóle zrobić zdjęcie. Ale gdy byłem w Barcelonie ostatnim razem – na prezentacji „najładniejszego z Golfów” i w ogóle bardzo dobrego i świetnie wycenionego samochodu, a więc Seata Leona – nie byłem w stanie zareagować i zrobić zdjęcie iPhonem (innego aparatu od dawna nie używam). Nie byłem w stanie, bo z najwyższym trudem zdołałem w ogóle zachować człowieczeństwo na tyle choćby, by zatrzymać samochód.

Wracaliśmy z Sitges, gdzie na starówce kręcono film z Seatem Leonem w roli głównej. Na autostradzie na samym południowozachodnim dojeździe do Barcelony, na wysokości właśnie wzmiankowanej Góry Żydów, choć do centrum jest jeszcze ładnych parę kilometrów, w godzinach szczytu komunikacyjnego tworzą się już korki. Takie typowe podmiejsko-autostradowe. Raz jedziesz 30-40 km/h, raz stoisz, raz przesuwasz się w tempie pieszego. I wszystko byłoby normalne, gdyby nie to, że jadąc jakieś 20 km/h, gdy korek na chwilę ruszył, właśnie pieszego zobaczyłem. Nie obok autostrady, nawet nie na jej poboczu: szedł sobie spokojnym krokiem dobrego piechura wzdłuż LEWEJ barierki. Tej wewnętrznej, oddzielającej jedną jezdnię od drugiej.

Godzinę wcześniej, na ciasnym ryneczku Sitges przytarłem drzwi (pierwszy raz w życiu uszkodziłem auto testowe, co skończyło się samobiczowaniem i biadoleniem trwającym co najmniej pół godziny), byłem więc podenerwowany i na widok pieszego aż podskoczyłem za kierownicą. Pierwsza reakcja: coś się stało. Bardzo niedobrego. Bo Hiszpanie (tak, niepoprawnie politycznie określam tym mianem również Katalończyków, uważających się wszak za oddzielny naród i domagający się własnej państwowości) mają do autostrad stosunek dość zbliżony do Niemców, pilnie przestrzegają większości najostrzejszych nakazów i zakazów związanych z użytkowaniem tych dróg. Nie na tyle ortodoksyjnie, by na motocyklach nie jeździć między samochodami, ale jednak skrupulatnie. Dlatego zdjąłem nogę z gazu, gotów do zablokowania drogi, wzywania pomocy czy czego tam jeszcze.

Gdy byłem jakieś 15 m od niego, pieszy odwrócił się i z łagodnym uśmiechem, najnaturalniej w świecie zamachał, jak to robią autostopowicze. Do mnie zamachał…

Nie był to człowiek poszkodowany w wypadku. Nie był też typem, którego najbardziej się boją służby autostradowe: szaleńcem czy samobójcą. Wyglądał zupełnie jak nasz kolega z ekipy dziennikarzy testujących Seaty, reprezentujący jeden z najważniejszych portali internetowych. Widziałem go wcześniej w Sitges, jak siadał obok kierowcy innego Leona, czyżby więc jakaś awaria? Ale gdzie jego samochód i jego współzałogant?!

Nie, nie było awarii. Nie doszło też do żadnego nieporozumienia natury towarzyskiej. Kolega sam z własnej woli wysiadł z auta, gdy korek stał i robił wrażenie zamurowanego na co najmniej 5 minut. Uznał, że zdąży zrobić to, czego nie był w stanie powstrzymać. Nie zdążył… Korek nagle ruszył i jego Seat musiał się dostosować. Auto odjechało wraz z dokumentami, pieniędzmi, telefonem. Pozostało mu mieć nadzieję, że ktoś jeszcze będzie jechać i w dodatku go dostrzeże i zdoła się zatrzymać.

W ten sposób okazało się, że przynajmniej dla jednej osoby zarysowanie drzwi Seata Leona SC turkusowego koloru (specjalny lakier za 3000 zł) było pozytywnym zdarzeniem. Bo mnie opóźniło na tyle, by spotkać Piotrusia.

Zatrzymałem się dosłownie na ułamek sekundy, a Piotruś wpadł do auta zupełnie tygrysim skokiem; niemal w ogóle nie wstrzymaliśmy ruchu. Ale zrobić fotki TEJ niespodziance nie zdążyłem.

Czerwiec 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.